sobota, 23 czerwca 2012

Rozdział XIII - Home sweet home.

Notka dedykowana Anonimce! Specjalnie jest tu dużo Jamesa!
-----------------------------
James Potter nie da się taktraktować! – powtarzał sobie w myślach nastolatek. Poczekał, aż jego byłynajlepszy przyjaciel wyjdzie z jego własnego domu. Nie do pomyślenia, żebymusiał czekać, aż ktoś wyjdzie. Kryć się po kątach, byle by go nie spotkać. Od dłuższegoczasu nie układało im się zbyt dobrze, ale teraz wszystko całkowicie siępopsuło. Możliwe, że to koniec przyjaźni Black&Potter. Kto wie, ale to jestchyba jedyna możliwość. Wszystko zaczęło się jeszcze w Hogwardzie, gdy Blackzbliżył się do Evans. To w jakiś sposób przybliżyło ten koniec. Jednak, co byłogwoździem do trumny? To, że Black poleciał do Włoch. To wszystko jego wina.Pojechał. Potter uważał, że skoro się przyjaźnią to on tego nie zrobi. To onzakończył ich przyjaźń. W taki, czy inny sposób. W sumie James uważał, bądźwmawiał sobie, że tak jest lepiej, bo nie ma niczego na siłę. Już od jakiegośczasu nie mogli się dogadać. W sumie od czasu, gdy spotkał Dor. Świetna dziewczyna.Ona stanęła między nimi. Miał coraz mniej czasu dla przyjaciela. Jednak Pottersię nie sprzeciwiał. Czuł się z tym lepiej. Chciał w jakiś sposób ukaraćprzyjaciela, nawet nie wiedział, za co. Za to, że Lily z nim nie gadała? Żepowiedziała mu po części prawdę, czego nie znosił, a wręcz panicznie się tegobał? Evans miała rację, jest zadufanym w sobie dupkiem. Ale na niej muzależało. Czas przeszły zależało. Wszystko się zmienia. Dziewczyny sięzmieniają. A teraz James ma Dor i jest szczęśliwy. Wszystko jest cacy, alespotykanie się z nią codziennie daje mu się we znaki. Niestety dziewczyna zbytczęsto gada o babskich sprawach, o których James woli nie wiedzieć. Tak jużjest. Życie toczy się dalej, a ludzie udają szczęście. Mówi się trudno. Dzwonekdo drzwi przerwał rozmyślania chłopaka i oznajmiał przybycie Dorcas. „Ubrałsię” w sztuczny uśmiech udając, że wszystko z nim okej.
---------------
Siedziałam na kanapie i płakałam. Już nie spazmami, jednakłzy leciały. Może nie tyle rozpaczy, co szczęścia. Osoba w opiekuńczym geścieprzytulała mnie. Na tą chwilę, było to niesamowite zdarzenie jak dla mnie.Aless, moja Aless siedziała koło mnie i mnie przytulała. To nie był jakiś tamduch. Moja żywa kuzynka. Mało nie posiadałam się ze szczęścia. To było jakpiękny sen i bałam się, że niedługo wzejdzie słońce i nadejdzie szararzeczywistość.
- Lily. Ja naprawdę żyje, więc proszę cię nie płacz już, boja też zaraz zacznę.
- Postaram się. Ale jak.. Jakim cudem?
- Dzięki tobie, Lil – powiedziała i uśmiechnęła się do mnieciepło.
- Mnie? Ale ja nic nie zrobiłam….
- Ja Lily wiedziałam o tym wszystkim. Wiedziałam o tym, żezbliża się śmierć. Ale nigdy nie sądziłam, że zabije mnie własna przyjaciółka.To był cios poniżej pasa. Ja naprawdę chciałam ci o tym wszystkim powiedzieć.Tylko ja, ja po prostu nie mogłam cię w to mieszać.
- Sama się w to wmieszałam… - powiedziałam.
- Wiem Lil. Widziałam to wszystko.
- Widziałaś?
- Tak… Wiedziałam o tym, jaki jest Igor. Tylko nigdy nie wpadłam,dlaczego ty go tak nienawidziłaś.
- Mam swoje powody. Po tym, co zrobił Joe’mu ,jego bliskim,mnie i tobie?  Zamienił nasze życie wpiekło Aless! Ale mniejsza o to. Jak…Jakim cudem ty żyjesz?
- Dzięki tobie głuptasie. Ja, właściwie Lily… Nigdy ciwcześniej o tym nie mówiłam, ale ja mam moc. Bardzo potężną moc. Ale mojezdolności ustępują twoim. Ja też jestem czarodziejką kochana.
- Ty? To, dlaczego nigdy nie miałaś różdżki? I jakim cudem wogóle to jest możliwe? Tylko ja w rodzinie mam moc.
- Miałam ci powiedzieć, ale nie spodziewałam się, że dowieszsię o tym w taki sposób. Czarownice z Salem. To nasze przodkinie Lil. W tamtejszkole się uczyłam. Ja wcale nie muszę mieć różdżki, aczkolwiek oczywiście mogęją mieć. Moja moc jest tu w sercu i naturze. Z niej czerpie całą magię. Naszapra pra pra pra pra pra babka Emily zapoczątkowała naszą linie czarownic.Niestety jej wróg rzucił klątwę, że tylko młodsza siostra każdej potomkinibędzie posiadała moc.
- Czyli… moja mama jest starsza niż twoja, ja jestem młodszaod Petuni… Wszystko się trzyma kupy. Tylko nie tłumaczy to tego, jakim cudemżyjesz…
- Lil po prostu rzuciłam jedno, średnio zaawansowanezaklęcie, które przywróciłoby mnie do życia. Za jakiś czas. Ale to tylko dziękinastąpiło to tak szybko!
- Ja? Ale mnie nawet przy tym nie było… - odpowiedziałamzdziwiona.
- Wtedy, gdy przyszłaś do mojego mieszkania w noc mojejśmierci. Ja jakbym dryfowała w powietrzu. Brałam udział we wszystkichwydarzeniach, ale nie mogłam zmienić ich biegu. Byłam zrozpaczona, gdypatrzyłam na ciebie i widziałam twoje cierpienie. W tamtą noc trzymałaś mnie zarękę. Moc, aż od ciebie emanowała. To dzięki tobie wróciłam tak szybko.
- Musiało ci się coś pomylić... Ja nie mam żadnej mocy.Przesadzasz…
- Masz ukrytą tu – Aless położyła rękę na moim sercu. – Wpewnym momencie ujawni się i u ciebie.
- Aless, czy ty też…
- Mam sny? Tak Lil ja też je mam, ma je również Luca. Długouczyłam się, by panować nad nimi. Panować musisz rozumieć to w sensie, że widzęprzyszłość, a nie przeszłość. Na pewno w domu znajdziesz, gdzieś pamiętnikbabki Emily. Tam masz wszystko opisane. Musisz się stosować do tych rad iporozmawiać ze swoimi nauczycielami. Ale to już później Lil. Teraz nacieszmysię sobą, a potem się zobaczy. 
Długo siedziałam z Aless. Spędzałyśmy czas na śmianiu się irozmowie. Dobrze było mieć znowu kuzynkę przy sobie. W pewnej chwili wypaliłam:
- Aless, jest tu ktoś, kto z chęcią chciałby cię zobaczyć.
- Chyba nie mówisz o – tu oczy Aless błyszczały zpodniecenia.
- Tak dokładnie. On naprawdę chciałby cię zobaczyć. Nawetnie wiesz, jak to wszystko przeżywał.
- Domyślam się.
Wzięłam Aless za rękę i cicho wymknęłyśmy się z pokoju. Odziwo nie spotkałyśmy nigdzie po drodze Luca. Dziwne. Miał przecież być tuprzez cały czas! Dotarłam do pokoju Joe’go i cicho zapukałam.
- Proszę – powiedział zmęczonym głosem.
- Cześć Joe.
- Hej Lily. Co u ciebie? – Spojrzałam na niego. Byłzałamany, ale w duchu cieszyłam się, że niedługo znikną te jego zmarszczki.
- Dobrze. Jest tu ktoś, kto chciałby się z tobą zobaczyć. – Wtym momencie uchyliłam drzwi i wyłoniła się zza nich Aless. Joe automatyczniewstał i patrzył się w jej kierunku z niedowierzaniem. Ona powoli i cichutkowślizgnęła się do jego pokoju.
- To może zostawię was samych?
Moje pytanie jednak zostało bez odpowiedzi. Oby dwojepatrzeli na siebie z niedowierzaniem i głęboko ukrytą tęsknotą w sercu.
--------------------------
James wyszedł razem z Dorcas na spacer do miasta. Dziewczynaznowu chciała zrobić zakupy. Chłopak nic nie mówił, bo i tak nie miał kogoś, zkim mógłby pogadać. Po tym, co odwalił najlepszemu przyjacielowi? Powiedziałmu, że go tu nie chce i jeszcze gorzej, że jest taki sam jak jego rodzinka.Wiedział, że tu czuły punkt Blacka i zręcznie go wykorzystał. Spytacie pewnie,po co? Zazdrość ot, co. Najśmieszniejsze jest to, o co był zazdrosny! O to, żeLily go nie zaprosiła. Ale wcale też jej się specjalnie nie dziwi. Po tym jakuprzykrzał jej życie? Miała racje mówiąc, że jest nadętym idiotą. Miała rację.
Dor złapała James’a za rękę. Chłopak zdziwił się, ale nic ztym nie zrobił. Brakowało mu jakiejś bliskości. Lepsze to niż nic – powtarzałsobie. Uszczęśliwił tym dziewczynę i jakoś mu się tak lepiej na duchu zrobiło.Oczywiście nie poprawiło to jego stanu, ale ważne było to, że jest komuśpotrzebny.
Mignęła mu przed oczami jakaś rudowłosa dziewczyna. Od razuprzed oczami stanęła mu jego Lily. Jest najlepszą dziewczyną, jaką kiedykolwiekspotkał. Nie może powiedzieć, że Lily była piękna, ale za brzydką też nieuchodziła. Była po prostu ładna, zgrabna. Jednak jej sekret tkwił w oczach. Temigdałowe, szmaragdowe oczy, które zawsze promieniały radością i szczęściem. Tokochał w niej najbardziej. Jej uśmiech. Nie było żadnego uśmiechu, który mógłbysię równać z jej. Pamięta dokładnie jak jej włosy układały się zaraz po umyciu.Każdy sterczał w inną stronę. Jej oczy, które zawsze błyszczały, gdy udało jejsię powiedzieć coś, czego nikt inny nie wiedział. Jego uczucie do niej niezmalało przez ten czas. Wzrosło, gdy jej nie widział. Gdy ją zobaczy będziechciał od razu wziąć ją w ramiona, ale niestety nie może, bo Ruda jasnowyraziła się na jego temat i temat ich znajomości. W jego uszach dalej brzmiąsłowa, że dziewczyna nie chce go znać. A to wszystko przez niego. To onzawalił. Przy niej wariuje. Chce, żeby go zauważyła nie ważne, w jaki sposób. Kochają i kochać nie przestanie. Tylko pyta sam siebie, czy jest w stanie pokochaćDor miłością prawdziwą?
-------------------------
- Aless? – Zapytał Joe.
- Joe – odpowiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się do niego.Chłopak wziął ją w ramiona i nie czekając na jej pozwolenie zatopił swoje ustaw jej.
Aless przypomniała sobie, jak kochała te usta. Ich smak. Jak za każdym razem roztapiała się w nich. Tym razem też tak było, na co wskazywałymotyle w brzuchu. Jednak odsunęła się od chłopaka. Nie wie, czemu to zrobiła.To był taki impuls. Posłuchała rozumu, który mówił jej, że to nierealne, by moglibyć jeszcze razem. Dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Joe zdziwionyzdawał się oczami pytać ją, o co chodzi.
- Cieszę się, że cie widzę Joe.
- Nawet nie wiesz, jak…
- Wiem – przerwała cicho Aless i stanęła tyłem do niego, aprzodem do okna. – Ale nie możemy być razem Joe. Przepraszam – odwróciła się doniego. Miała łzy w oczach.
- Ale Aless…
- Nie przekonuj mnie Joe. Podjęłam decyzję. Serce mówi mi,że coś do ciebie czuje.
- Więc w czym leży problem?
- Problemem jestem ja. Nie możemy być razem. Ty nie możeszbyć bezpieczny ze mną. Możesz zginąć przeze mnie, a tego na pewno bym niechciała.
- Co ty w ogóle mówisz dziewczyno?  Moje serce umarło razem z tobą! Nie rozumiesztego, że mnie to nie obchodzi? Dla mnie liczysz się tylko ty i twoje bezpieczeństwo!
- I dlatego powinieneś to uszanować. Już raz mnie zostawiłeśi nie chce przechodzić przez to jeszcze raz. Wątpię, żebym zmieniła zdanie naten temat.
- Ja, co? Kocham cię, Aless – powiedział Joe.
- Ja… ja ciebie też Joe – odpowiedziała i uciekła z pokoju.Zaszyła się w kącie swojego pokoju i płakała z miłości. Bała się jej. Nie mogłapodjąć ryzyka.
----------------------
Minęła już połowa sierpnia. Na początku sierpnia wyprawiliAless „pogrzeb”. Oczywiście dziewczyna siedziała bezpieczna w domu. Widziałamna pogrzebie Igora, który chowając się uśmiechał się do siebie. To byłookropne. Udawałam płacz, choć w duchu cieszyłam się, że moja kuzynka jest całai zdrowa. Jednak nie pocieszała mnie myśl, że Joe i Aless nie są razem.  Dziwne, bo między nimi iskrzyło. Widać byłogołym okiem, że się kochają.
Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć. Wracam do domu. Jutro. Ten dzień nieubłaganie się zbliża, ale ja wcalenie chcę wyjeżdżać. Kocham to miejsce i tych ludzi. Chce mi się ryczeć jak otym myślę, dlatego cieszę się ostatnimi chwilami spędzonymi z nimi. Walizkę mamjuż spakowaną. Przypomina mi ona o tym wszystkim, przez co tutaj przeszłam.Luca jest czymś najlepszym, co mnie tutaj spotkało. Będę za nim cholernietęsknić. Nie chce o tym dzisiaj myśleć.
Nadszedł ten nieupragniony dzień, w którym należałopowiedzieć do widzenia. Widzimy się za rok.
- Będę za wami wszystkimi tęsknić! – Mówiłam cały czas, amoje oczy napełniły się łzami. Wolałam zostać, ale przyjaciele w Anglii czekali.Na lotnisko miał odwieźć mnie Luca i Joe. Jak ja nienawidziłam się żegnać. Nieumiem ot tak powiedzieć cześć.  Wieczoremdługo rozmawiałam z Aless i obiecała mi, że zostanie w tym domu, dopóki niebędzie w 100% bezpieczna.
- Lily ja mam do ciebie ogromną prośbę – zaczął Joe.
- Słucham.
- Dobrze wiesz, że nie jest tu zbyt bezpiecznie. I dlategopostanowiłem rzucić na ten dom zaklęcie Fideliusa. I moja propozycja jest taka,byś została strażnikiem.
- Ja nie wiem, co powiedzieć. Myślisz, że jestem godnazaufania?
- Nikt tego z ciebie nie wyciągnie, chyba, że sama będzieszchciała nas wydać.
- Nigdy.
- Zgadzasz się?
- Jasne, dla was wszystko kochani! Za to, co dla mniezrobiliście nigdy wam się nie wypłacę.
Z różdżki Joe’go błysnęło różowe światło. Kosztowało go towiele wysiłku, ale dał radę. Oczywiście nie było Aless w pokoju. Ona nie wiedziała,że Joe jest czarodziejem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Pożegnania nadszedłczas. Chyba ze sto razy uściskałam kuzynkę i Luci. Nie mogłam się z nimi pożegnać,ale w końcu udało się Joe’mu wyciągnąć mnie do samochodu. Pomknęliśmy przezzatłoczone ulice tętniącego życiem Rzymu.
Na lotnisku chłopacy odprowadzili mnie. Każdego z nichuściskałam i pocałowałam (Joe’go w policzek oczywiście). Obróciłam się, wzięłamwalizkę i poszłam w kierunku bramek. Pojedyncza łza zagościła na moim policzku.Szłam prosto przed siebie nie zważając na nic. Trochę czasu minęło zanimwsiadłam do samolotu. Ale w końcu mi się udało. Miałam miejsce przy oknie imogłam oglądać, co się działo na lotnisku. Wtem ktoś zapytał:
- Wolne?
- Tak – odpowiedziałam automatycznie i spojrzałam w stronę..Luca! – Co ty tu robisz wariacie?
- Myślałaś, że pozwolę ci lecieć samej? –Odpowiedział ipocałował mnie w usta. Cieszyłam się, że mam takiego wariata. Bo tylko oni sącoś warci!
Samolot wystartował.
-----------------------
Joe zapukał lekko do pokoju dziewczyny. Odpowiedział mucichy pomruk, co uznał za pozwolenie. Wszedł do pokoju. Dziewczyna siedziała nałóżku czytając książkę.
- Chciałbym z tobą porozmawiać Aless.
- Jasne, słucham.
- To nie jest łatwe dla mnie – powiedział i obrócił się wstronę okna stając tyłem do Aless.
- No nie wątpię.
- Wyjeżdżam.
- Co? Gdzie?
- Chciałbym, żebyś pojechała ze mną.
- Nie mam mowy Joe. Mam tu wiele spraw, przyjaciół.
- Wiedziałem, ale wolałem się upewnić. – Powiedział trochęrozczarowany. -  Dzisiaj wieczorem wyjeżdżam Aless. Trzymaj się. Mam nadzieję, że sobie poradzisz jak mnie niebędzie. – Powiedział Joe, podszedł do dziewczyny i złożył na jej ustach siarczystypocałunek, po czym wyszedł z jej pokoju.
-----------------------------
James Potter nie mógł zapomnieć o rudej dziewczynie, którazawróciła mu w głowie. Niestety musiał, bo miał już kolejną, tym razemszatynkę, która nie lubiła czekać. A tak się zdarzyło, że James był spóźniony.I to poważnie. Na łeb, na szyje biegł do parku na spotkanie. Wbiegając zauważyłjak Dor przechadza się dróżką. Na szczęście nie była, aż tak zdenerwowana. Podszedłdo niej od tyłu i zakrył jej oczy.
- James…
- To nie sprawiedliwe! Oszukiwałaś! – Powiedział chłopak z wyrzutem.
- Nie prawda!
W odpowiedzi chłopak złożył na jej ustach pocałunek. Gdypodnosił głowę mignęły mu przed oczami rude włosy należące do pewnej zdziwionejdziewczyny, która wpatrywała się w niego szmaragdowymi oczami.
-------------------------------------
Podróż minęła nam wspaniale na śmiechach i przytulaniu. WAnglii Luca musiał spędzić kilka godzin, więc postanowiłam mu pokazać te pięknemiasto. Ale wpierw przedstawiłam go moim rodzicom, jako mojego chłopaka. Home sweet home! Cieszyła się, że jest jużw domu, bo zdążyła stęsknić się za przyjaciółmi i Hogwartem.  Petunia mało, co nie wyszła z siebie zzazdrości. Jej Veron umywał się przy Luce. Rodzice byli pod wrażeniem jegomanier i sposoby byciu, że od razu go zaakceptowali. Po śniadaniu i rozmowach udałomi się wyrwać go z domu, z dala od pytań rodziców. Najpierw pokrótceoprowadziłam go po mieście, aż dotarliśmy do parku. Zachowywaliśmy się jak małedzieci, które są szczęśliwe, że mają siebie. Najpierw huśtaliśmy się nahuśtawkach. Potem poszliśmy alejką, aż do fontanny. Staliśmy tam chwilę.Zauważyłam, że Luca się zagapił, więc zgrabnym ruchem popchnęłam go tak, żewpadł do fontanny. Na szczęście nie zdążył mnie złapać! Zaczęłam uciekać przednim. Miałam nadzieję, że moje nogi nie miały zamiaru odmówić mi posłuszeństwa.Krążyłam alejkami, biegłam ile tchu wiedząc, że gdzieś za mną jest Luca. Wtemzobaczyłam znajomą czuprynę rozmawiającą z jakąś dziewczyną. Po chwili już sięcałowali. W brzuchu poczułam jakieś takie uczucie. Obce ciepło rozlało mi siępo organizmie. Zazdrość.  Tak to chybabyło to. Podnosząc głowę od pocałunku spostrzegł mnie. Wpatrywaliśmy się wsiebie z dobrych kilka minut. Widocznie był w szoku. Zmężniał. Wyglądałdoroślej. Czy ja się pozytywnie wyrażam o Jamesie Potterze? Chyba słońce mi namózg padło!
--------------------------------
James zobaczył ją. Wyglądała pięknie. Jej smukłe, długieopalone nogi były piękne, tak, że nie można było odciągnąć od nich wzroku.Opalona twarz była piękniejsza, niż zapamiętał. Był w szoku jak ją zobaczył.Wiedział, że Dorcas mówiła coś do niego jednak nie zwracał na to uwagi. Ważnabyła teraz ona. Uczucia, które tak długo tłumił w sobie odżyły ze zdwojonąsiłą.
--------------------------
Stałam tak wpatrując się w niego, aż poczułam, że straciłamgrunt pod nogami i znajduje się w powietrzu. Zaczęłam piszczeć i śmiać się. ToLuca niósł mnie z powrotem do fontanny.
- Puść mnie! Proszę kochanie – spojrzałam na niegobłagalnie.
- Nie, nie dam się nabrać.
- Ale ja tak ładnie proszę.
- Nie, trzeba było myśleć przed tym, gdy wylądowałem wfontannie – odpowiedział zaczepnie Luca.
- Kochanie…
- Co będę z tego miał?
- Buziaka.
- Pięć.
- Dwa.
- Cztery.
- Nie dam ci czterech buziaków!
- To witaj fontanno! Dobra trzy moje ostatnie słowo!
- Dobrze, tylko mnie postaw!
Wyczułam grunt pod nogami i od razu poczułam siębezpieczniej, chciałam rzucić się z powrotem do ucieczki i udało mi się, alenie zdążyłam przebiec kawałka, gdy znowu znalazłam się w ramionach Luca.
- Skubana, wiedziałem, żeby ci nie wierzyć.
Spojrzałam w jego twarz. Włosy opadły mu na czoło.Poprawiłam jej i przejechałam dłońmi po nich. Było to przyjemne uczucie, któreprzyprawiało mnie o motyle w brzuchu. Spojrzałam w jego oczy i rozpłynęłam się.Wziął mój podbródek w dłonie i pocałował czule. Czułam się dosłownie trzy metrynad niebem!
--------------------------
James patrzył na to wszystko z pewnej odległości. Nie mógł wto uwierzyć. A to dupek! Najpierw kradnie mi przyjaciela, a teraz dziewczynę?Nie może tak być! Jednak po chwili uświadomił sobie, że to on do tegodoprowadził i Dorcas, która faktycznie stanęła pomiędzy nim a przyjaciółmi. Alenie podda się bez walki!!!!
-------------------
Dziękuje osobom, które czytają moje wypociny! Mam nadzieję, że ta notka też jest dobra i na poziomie, choć mi wydaje się gorsza niż poprzednia! Pozdrawiam! :))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz