Niestety, moje tytuły notek są nietrafione.
Nigdy nie wiem jaki tytuł wybrać
-----------------------------------------------------------
Obudziłam się ze strasznym bólem głowy. Ostatnie co pamiętam to pochłaniająca mnie nicość. No tak zemdlałam. Całe szczęście, że Luca mnie złapał. Gdyby nie on…
- Widzę, że signorina się obudziła. Jestem Luci.
Spojrzałam na Luci. Niezbyt wysoka, można powiedzieć, że w sam raz. Jej brązowe włosy były o odcień ciemniejsze od Luca. Oczy błękitne, które miały w sobie jakieś ciepło i życzliwość. Ubrana zgodnie z panującą modą.
- Miło mi, jestem Lily.
- Wiem. Jak mogłabym nie wiedzieć. Luca mi opowiadał o tobie. – powiedziała.
- A Luca to..
- Mój mały braciszek. No nie patrz tak na mnie. Mogę ci w tajemnicy powiedzieć, że trafiłaś w jego gust.
- Ale o czym ty mówisz? – zapytałam, choć i tak znałam odpowiedź na to pytanie.
- Nie udawaj, że nie wiesz Lily.
- Na prawdę, nie mam pojęcia.
- Spodobałaś mu się i myślę… Ach nie ważne co myślę. W każdej znajomości widzę romantyzm. Cóż taka już jestem.
- Też po trochu jestem romantyczką i zawsze liczę na happy end. Jak się czuje Joe?
- Joe… Powoli wraca do zdrowia.
- Będę mogła się z nim niedługo zobaczyć ?
- Jasne Lily. Wczoraj posklejałam mu żebra, jednak dalej jest nieprzytomny. Ale jego stan jest już stabilny.
- Tak się bałam, że mu coś się stanie…Czy.. Czy mogłabym pójść się odświeżyć ? Przepraszam, że ci przerywam.
- Nie ma sprawy Lily. Wiesz gdzie jest toaleta?
- Jasne, trafię. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. – powiedziałam i uśmiechnęłam się ciepło do dziewczyny. Zawsze zastanawiała mnie ta gościnność. Prawie mnie nie zna, jednak i tak przyjmuje mnie z otwartymi ramionami. To rzadko spotykane w Anglii i dlatego to tak zadziwia.
- Ja też Lily, ja też.
Wstałam. Głowa, aż pulsowała z bólu. Zasyczałam z bólu.
- Coś nie tak?
- Nic.. Tylko… Masz może aspirynę ?
- Znajdziesz ją w kuchni. Musisz zejść schodami dwa piętra w dół, skręcić w prawo i powinnaś znaleźć się w kuchni.
- Dziękuje.
Poczłapałam z niechęcią. Najchętniej spędziłabym cały dzień w łóżku, jednak musiałam odkryć, co planuje Igor. Czułam, że muszę wrócić do mieszkania, a jeżeli miałam to zrobić, to mogłam liczyć jedynie na Luca. Miałam nadzieję, że sprawa się niedługo wyjaśni i będę mogła wyciągnąć Aless z tego bagna, ale potrzebowałam planu.
Schodząc po schodach przy okazji myśląc, potknęłam się. I runęłam w dół prosto w ramiona Luca.
- Cześć dziewczyno, znowu się tak spotykamy? – powiedział chłopak z uśmiechem.
- Cześć Luca. – odpowiedziałam niepewnie. Niebezpiecznie było przebywać w jego ramionach i miałam tego świadomość, tyle że po prostu nie chciałam się z nich ruszać. Podniosłam wzrok i trafiłam na jego hipnotyzujące oczy, które również mi się przypatrywały. Czułam jak pod tym spojrzeniem lecą iskry. Powinnam to przerwać, jednak bałam się przerwać taką chwilę, bałam się, że czar pryśnie.
- Miło cię znów widzieć, cara mia.- powiedział Luca.
- Mi ciebie również. – z trudem wypowiedziałam te słowa.
- Wszystko w porządku? – zapytał z troską, odgarniając mi niesforny kosmyk z czoła.
- Jak najbardziej. – odpowiedziałam. Roztapiałam się w tym spojrzeniu.
- Chodź. – powiedział i pociągnął mnie za rękę. Ze smutkiem podążyłam za nim. Uczucie w moim brzuchu narastało. – powinnaś się odświeżyć.
- Tak, tak, chyba tak. – wyjąkałam.
Weszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro.
- LUUUUUCA!!!!! Nienawidzę cię ! – krzyknęłam. W lustrze zobaczyłam obcą dziewczynę. Była to dziewczyna o czarnej twarzy, jakby umazanej węglem z szopą włosów, które stały nie mniej niż u Einsteina.
- Domyślam się dziewczyno, jednak ja tam cię troszeczkę lubię. – odpowiedział ze śmiechem Luca.
- A ja ciebie ani trochę. – odpowiedziałam z przekąsem.
- Trzymaj się cara mia. Czekam na ciebie w kuchni, za pięć minut.
- Chyba śnisz Luca. – odpowiedziałam pod nosem.
Doprowadzenie siebie do stanu używalności zajęło mi chyba z godzinę. Dalej byłam zła na Luca, że nie powiedział mi o tym od wczorajszego dnia.
Gdy w końcu jako tako wyglądałam, podreptałam do kuchni. Siedział w niej Luca wesoło nucąc jakąś włoską piosenkę.
- Arrrr, nie mogłeś mi powiedzieć o tym wcześniej? – zapytałam.
- Odpowiem ci na to pytanie, w zależności od tego czy dalej mnie nienawidzisz…
- Mam ochotę cię zamordować. – odpowiedziałam.
- Jesteś tego pewna?
- Jak najbardziej.
Wstał i podszedł do mnie. Przyjęłam pozycję bojową.
- Spokojnie, cara mia, chciałem cię tylko przytulić, tak na zgodę. – powiedział.
Przytulił mnie. Cudownie było znaleźć się w jego ramionach. Jednak nie traciłam czujności. Znaleźliśmy się blisko, za blisko. Prawie stykaliśmy się głowami. Kiedy Luca upewnił się, że mój opór słabł, zaczął mnie łaskotać.
- Dalej jesteś zła ? – zapytał.
- hahahahhahhahahah, nie, hahahahhahhaha – odpowiedziałam ze śmiechem.
- Na pewno? – zapytał, jednak nie przestał zadawać mi tych tortur.
- hahahahhaha, przestań,hahhahahhahah, błagam, hahahhahahahahahahhahah
- Dobrze, jeżeli dostanę buziaka. – odpowiedział z uśmiechem.
- hahahahahahha, nie, hahahahahah
- Tak? – i zaczął mnie jeszcze bardziej łaskotać.
- hahahhahaha, nie, hahahahh, zgoda, hahahahah, w policzek , hahahahah
- Zgoda. – powiedział i mnie puścił.
Spojrzałam na niego. Wyraźnie czekał na nagrodę. Nie zamierzałam mu tego oczywiście dać.
- Na co czekasz?
- Na zapłatę, a na co? – odpowiedział – chyba, że chcesz jeszcze raz się pośmiać.
- Nie. To istny szantaż – spojrzałam na niego. Patrzył tymi błagalnymi oczami. – Zgoda. – skapitulowałam – ale w policzek.
- Jasne
Podeszłam do niego. Stanęłam na palcach. Przymierzałam się do tego obiecanego buziaka. Moje usta dotykały jego policzka, gdy niespodziewanie przesunął głowę i pocałowałam go w USTA! Nie powiem, że mi się nie podobało. To było bardzo przyjemne i to baaaardzo.
- Luca!
- Nie mogłem się oprzeć belissima, to było zbyt kuszące. Ale podobało ci się! – powiedział z uśmiechem.
- Nie. – skłamałam.
- Kłamiesz, widzę to w twoich oczach, a przede wszystkim, czuję to.
- Nie kłamię. – odpowiedziałam, jednak czułam, że się czerwienię – Dobra! Może troszkę. – pokazałam palcami minimum.
- Wiedziałem!
- Dobrze. Za to wyświadczysz mi przysługę. Muszę dostać się do domu mojej kuzynki. Muszę zabrać rzeczy i sprawdzić, czy z nią wszystko ok.
- Cara mia, co jeśli jest tam ON? Nie lepiej wysłać sms ?
- Nie. Jestem pewna, że tam jest.
- To samobójstwo belissima! – odpowiedział wyraźnie wzburzony.
--------------------------------------
Tymczasem w Anglii...
Syriusz spał w swoim nowym domu, który zawdzięczał Potterom. To dzięki nim czuł się jak w rodzinie, oni byli jego rodziną. To oni zawsze się za nim wstawiali i przygarnęli go, gdy w ciągu tego lata uciekł z domu. Na każdym kroku dziękował im za tą łaskę, którą mu okazali. Obudziła go sowa pukająca w okno. Z niechęcią zwlekł się z łóżka, przecierając oczy podszedł do okna i wpuścił sowę. Pierwszy raz widział takiego puchacza. Odwiązał list i czytał. W miarę czytania twarz rozjaśnił mu uśmiech. Czym prędzej pognał do pokoju przyjaciela.
- Stary! – krzyknął wpadając do pokoju James’a. Zdziwił się, bo przyjaciel już nie spał, tylko leżał na łóżku w ubraniu. Wyglądał jakby miał wielkiego doła i nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Łapy za bardzo to nie obchodziło, bo tak. I już!
- Czego chcesz? – odpowiedział zgryźliwe James.
- Nie zgadniesz kto do mnie napisał! – mówił Syriusz podekscytowany, wierząc że może uda mu się podnieść przyjaciela na duchu.
- Niech zgadnę. Twoja nowa fanka?
- Nie. Zgaduj dalej!
- Nie mam nastroju na zabawę.
- Ruda!
James spojrzał na przyjaciela z mieszaniną irytacji i gniewu.
- A co mnie ona obchodzi? – powiedział lekceważącym głosem.
- No jak to, Stary!
- Tak to. Co mnie obchodzi ona i jej rudy łeb?! – powiedział James, trochę bardziej gniewnym głosem niż planował - Nie obchodzi mnie co ona myśli! Chyba jasno się wyraziła, wtedy na błoniach, nie sądzisz?
- No, ale…
- Nie ma ale Łapo. Zrozum, nie interesuje mnie ona.
- Przecież to Lily, zapomniałeś?
- Zapamiętaj ! NIGDY! WIĘCEJ! NIE! DAM! SOBĄ! POMIATAĆ! – wykrzyczał James i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami, zostawiając swojego przyjaciela z otwartą buzią. James Potter przysiągł sobie, że nie da sobą więcej pomiatać. Nie da sobie grać na uczuciach, bo zabawką nie jest. Nie obchodzi go ta ruda istota. Nie. Już nie. Wyszedł z domu trzaskając drzwiami. Szedł prosto przez siebie, aż do skrzyżowania, które znajdowało się niedaleko jego domu. Tam wpadł na kogoś.
- Uważaj jak łazisz - wycedził przez zęby.
- No, nie wierzę – ten „ktoś” złapał się pod boki – James? Jak możesz tak do mnie mówić!
- Dor?
- A co myślałeś, że duch?
- O matko dziewczyno co tu robisz? – momentalnie przeszedł mu zły humor i wściekłość. Cieszył się, że widzi ją i natychmiast porwał ją w ramiona.
Syriusz obserwował tą scenę z okna, zupełnie nie dowierzając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz