sobota, 23 czerwca 2012

Rozdział II - Roma

Nazajutrz poleciałam. Bałam się strasznie, bo nigdy nie miałam zaufania do mugolskich maszyn. Jednak nie było tak źle w sumie latanie samolotem jest całkiem fajne. Alessandra odebrała mnie z lotniska. Na szczęście kuzynka mieszkała w centrum miasta, więc wszędzie stamtąd miałam blisko. To tu mam spędzić 2 miesiące wakacji pomyślałam. Cieszyłam się, bonie zobaczę przez te 2 długie miesiące Pottera i Smarkerusa. Miałam dość ich gumochłonowych twarzy. Niestety Aless pracowała przez większość dnia tj. od 10do 18. Nie cieszyłam się specjalnie z tego, że będę musiała spędzić ten czas sama.
Jechałam z Aless do jej domu. Rozglądałam się w około. Wiele się tu zmieniło, odkąd tu byłam ostatnim razem pomyślałam. Znowu wróciły te okropne wspomnienia. Skarciłam się w myślach.  Właśnie Aless skręciła na Plazza del Popolo. Widziałam jakąś restaurację a zaraz obok niej zobaczyłam JEGO. Intensywne, zielone oczy wpatrywały się we mnie. To jakiś zły sen myślałam. Był rozłożony na krześle jakby to było co najmniej łóżko. Jego haczykowaty nos wystawał spod tony tłustych włosów. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Wpatrywał się we mnie bezczelnie. Co ja mówię wręcz się gapił .Jego natarczywe spojrzenie świdrowało mnie od środka. Poczułam wzrastającą nienawiść! Odwróciłam wzrok. Miałam nadzieję, że to tylko omamy od tego gorąca, jednak chyba się pomyliłam. Aless na całe szczęście nie miała w naturze powolnej jazdy. Szybko straciłam go z oczu, jednak jego widok prześladował mnie cały czas. Odsunęłam na bok napływające wspomnienia. Poczułam jak oczy mnie pieką. To od tych niewypłakanych łez. Miałam nadzieję, że nie wpadniemy przypadkiem na siebie.
Okazało się, że byłam bardziej zmęczona niż się spodziewałam. Zaraz po kolacji, odburknęłam tylko dziękuję i poczłapałam do pokoju.  Przebrałam się w piżamę i położyłam na łóżku. Niestety kojący sen nie napływał. Wręcz przeciwnie. Znowu widziałam jego obrazi te zielone drwiące oczy z jego chamskim uśmiechem. Nie wiem nawet kiedy zasnęłam.
Śnił mi się  koszmar ze Snapem w roli głównej. Obudziłam się przerażona. Rozejrzałam się po pokoju, jakby bojąc się, że znajdę go w środku. Odetchnęłam z ulgą, kiedy stwierdziłam, że go tu jednak nie ma. Spojrzałam na zegarek. Wskazywał punkt ósmą. Postanowiłam się rozpakować i zrobić poranną toaletę.
Gdy skończyłam przebrałam się w krótkie spodenki i top. Zeszłam na dół, by jeszcze pożegnać się z kuzynką, która akurat wychodziła.
- Cześć skarbie – powiedziała kuzynka i pocałowała mnie w policzek.
- Cześć Aless. Już wychodzisz? – spytałam ze smutkiem w głosie
-Niestety Lily. Muszę. Sama wiesz – praca. Zostawiłam ci śniadanie na stole ieuro w razie jakbyś chciała pójść do miasta. Idę już. Pa – powiedziała ipośpiesznie wyszła z domu zabierając klucze.
- Pa –powiedziałam cicho i poszłam do kuchni.
Zjadłam śniadanie i wróciłam do pokoju. Rozejrzałam się uważnie. Był to w sumie bardzo ładny, przytulny pokoik. Pomalowany na pomarańcz i jasną zieleń. Naprzeciwko drzwi było okno, a w nim ładne żółte firanki. Z lewej strony okna stało biurko z laptopem. Z drugiej strony stała szafa, w której niedawno układałam ciuchy. Wrogu pokoju stało ładne łóżko. Od szafy zaczął się ciągnąć meble ( szuflady, komoda, itp.). Na ścianach wisiały portrety Merlin Monroe i Audrey Hepburn.
Byłam coraz bardziej zdenerwowana myślą, że Smark mnie znajdzie. Postanowione, idę na miasto pomyślałam. Wyszłam z domu. Powinnam zaszaleć. Weszłam w pierwszą lepszą uliczkę. Rozejrzałam się. Była tam przytulna kawiarenka Caffe Greco. To był mój wybór. Weszłam. Rozejrzałam się po raz kolejny i przeleciałam po twarzach obecnych w środku. Nie było tu go. Na całe moje szczęście. Znalazłam przytulne miejsce, którego nie widać, gdy się wchodzi do środka kawiarenki. Pomieszczenie było urządzone w starym stylu. Dominował tutaj brąz i beż. Jedna ściana była zrobiona ze zdjęć Rzymu. Przepięknie to wyglądało. Rozglądałam się jak urzeczona po kawiarence.
-Buongiorno signorina. Come stai? – podskoczyłam na dźwięk głosu należącego, jak mi się wydawało  do kelnera. Na oko miał 20 lat. Był wysokim szatynek o czekoladowych oczach, w których można utonąć. Miał rozczochrane włosy jakby co najmniej był nie wiadomo jaki wiatr na dworze. A przecież było 30 stopni co najmniej. Był ubrany w wytarte dżinsy i elegancką białą koszulę. Miał fartuch. Podał mi menu – Per favore.
Jego włosy przypomniały mi włosy Głuppottera, które czochrał na każdym kroku. Wypłosz. W sekundę się zagotowałam. Zaczęłam z tej złości zgrzytać zębami. Oddychaj Lily myślałam Raz, Dwa, Trzy, Cztery, Pięć… Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten chłopak coś do mnie mówi. Byłam tak pogrążona w tej złości, że nie zrozumiałam ani słowa.
- Przepraszam, ale nie znam włoskiego – powiedziałam
- Och. Pytałem się czy wszystko ok?
- Jak najbardziej. Przypominasz mi kogoś z wyglądu, ale mam nadzieję, że z charakteru jesteś zupełnie inny.
- To się okaże. Mam nadzieję, że ten chłopak nie jest godzien twojej uwagi. Jestem Joe –podał mi rękę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Równe, śnieżnobiałe zęby. 
- Hej Joe – podałam mu rękę.
- A ty jesteś ?
- Co? Co ja jestem ? – zapytałam zdezorientowana.
- Jak się nazywasz?
- Lilyann. Lily. Lilyann.
-Lilyann Lily ?
-Nazywam się Lilyann. Ale mów mi Lily. Tak brzmi o wiele lepiej !
-Piękne imię Lilyann – skrzywiłam się słysząc to imię. Spojrzałam na niego wściekle. – Żartuje. Lily xD Więc co zamawiasz?
-Hm. Taki tu wybór, ale skuszę się na Cafe Latte Mocchiato.
-Si signorina
Joe odszedł z moim zamówieniem. Zanim się obejrzałam stał już z powrotem z moim zamówieniem. Kocham ten smak pianki mleka. Delektowałam się każdym łykiem kawy. Do kawiarni wszedł chłopak. Włosy do ucha, haczykowaty nos. Teraz nie miałam wątpliwości, że ON tu jest ! Severus Snape. Od razu przed oczami stanęła mi scena na błoniach. W uszach nadal słyszałam ten donośny głos ”Nie potrzebuję pomocy tej małej plugawej szlamy jak ona!”. Dalej pamiętałam to złamane serce, które coraz bardziej bolało od wspomnień. Po tym wszystkim co dla niego zrobiłam. Po tych chwilach spędzonych wspólnie. Przestań o tym myśleć Lily! To tylko i wyłącznie cham! – nakazałam sobie w myślach. Upchnęłam te wspomnienia w najdalszy zakątek duszy.
Spojrzał w głąb kawiarni. Zaczął się poruszać w moim kierunku. Przecież to nie możliwe, by mnie zobaczył. Tego byłam pewna. Smark poruszał się powoli w moim kierunku. Oglądałam się naokoło szukając jakiegoś ratunku. Dostrzegłam Joe’go. Kiwnęłam ręką, żeby do mnie podszedł.
-Coś nie tak, Lily ?
-Wszystko gra. – Uśmiechnęłam się szczerze.
-Kłamiesz Lily.
-Wcale nie, oburzyłam się.
-Gdyby wszystko było ok., nie wołałbyś mnie a poza tym jesteś strasznie nerwowa.
Obróciłam się w kierunku Smarka. Był coraz bliżej.
-Fakt marna ze mnie kłamczucha.
-Więc o co chodzi?
-On. Błagam pomóż!
Joe podążył za moim wzrokiem. Rzucił tylko krótkie „chodź”. Wstałam i ruszyłam zanim. Chłopak zaczął odwiązywać swój fartuch. Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Obróciłam się w stronę Smarka. Nasze spojrzenia się skrzyżowały.
-Witaj Evans! – krzyknął uśmiechając się szyderczo.
-Lily, chodź szybciej – mruknął Joe .
Biegłam za nim przez otwór w ladzie, a zaraz potem do kuchni. Za nami unosił się śmiech Severusa i krzyk:
-I tak cię znajdę Evans. Nie uciekniesz mi.
Wybiegliśmy na zewnątrz. Odetchnęłam z ulgą. Joe stanął, a ja zaraz za nim.
-Już dobrze Lily, tu nas nie znajdzie.
Jakby na potwierdzenie tych słów Smark wypadł z kuchni przez tylne drzwi.
- Evans, w końcu się spotykamy.
Joe zrób coś!!!!!!!!!  Pomyślałam błagalnie.
Chłopak złapał mnie w pasie. Zrobiło się czarno i poczułam znajome uczucie w okolicy pępka. Dobiegł do nas tylko głos Smarkerusa:
- Pamiętaj Evans. Znajdę każdego z którym się zwiążesz i go zabije...!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz