sobota, 23 czerwca 2012

Rozdział X - Tam, gdzie wszystko się zaczęło.

Gonił mnie. Czułam to na całym ciele. Byłam jak spłoszona mysz, bo wiedziałam, że Igor depcze mi po piętach. Uciekałam w coraz to  . Zgubię go, przynajmniej miałam taką nadzieję. Biegłam, ale coraz bardziej opadałam z sił. Taki wysiłek zabierał mi coraz więcej energii.Wyczerpana. Taka właśnie się czułam. Mało nie wyplułam płuc od tej szaleńczej ucieczki. Zaczynało się ściemniać. Wbiegłam boczną uliczkę, która okazała się,na moje nieszczęście, ślepa. Gorączkowo myślałam, co mogę zrobić. Schowałam się za śmietnikiem. Nie miałam czasu nic innego wymyślić. Niestety. Bałam się. Cholernie się bałam, że Igor szybko znajdzie moją kryjówkę. Łapałam powietrze wielkimi haustami. Jakbym się dusiła. Złapałam to co miałam pod ręką. Coś, co nadawałoby się do obrony.
- Wiem, że tu jesteś – zabrzmiał głos na początku uliczki. – Nie uciekniesz mi maleńka.
Wiedziałam, że się zbliżał. Wiedziałam i coraz bardziej drżałam ze strachu. W środku oczywiście. Postać zbliżała się coraz bardziej, a ja czułam jak łapią mnie miejscowe skurcze. Bolało, jednak wolałam się nie ruszać. Jego cień zbliżał się do mnie nieuchronnie. Gdy się ze mną zrównał,wyskoczyłam z dzikim okrzykiem. Wpadłam na niego i walnęłam go tym co miałam w ręku. Okazało się to metalowym prętem. Waliłam przeciwnika(Igora) z całej siły, mimo tego, że kompletnie się nie ruszał. Dziwne było to,że tak łatwo go powaliłam. Podejrzane. Okładałam go jeszcze kilka razy. Adrenalina powoli zaczęła odpływać. Pręt z hukiem opadł na ziemię. Drżałam. Nie miałam pojęcia dlaczego. Podeszłam do początku uliczki. Sprawdziłam okolicę. Przyszedł sam. Jakie to niespotykane. Wielki mafiozo dał się powalić nastolatce. Rozglądałam się szukając czegoś podejrzanego. Niczego takiego nie znalazłam. Stałam tam jeszcze przez chwile. Obróciłam się. Igor budził się. Dziwne. Przecież nie mógł wstać po 3 minutach. Przecież był nieprzytomny. Jak…Jak to w ogóle możliwe? Te i tysiące innych pytań kłębiło mi się w głowie. Rzuciłam się w dzikim biegu, byle jak najdalej od tamtego miejsca. Myślałam, że to da mi trochę czasu na ucieczkę. Zaczęłam kierować się w tamto miejsce. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Promyczek nadziei wciskał mi kit, że może Igor sobie odpuści. Marzenie ściętej głowy. Zbliżałam się do tego miejsca. Usłyszałam za sobą kroki. Obróciłam się i ujrzałam Igora. Cichy dźwięk wydobył się z moich ust. Był coraz bliżej, a ja coraz bardziej byłam wycieńczona. Ostatkiem sił wbiegałam po schodach, a on za mną. Wpadłam do umówionego pokoju prosto w ramiona Luca. Na szczęście był. Dziękowałam mu w myślach. Słyszałam kroki Igora na schodach, ale było to już nieważne. Byłam w bezpiecznych ramionach Luca. Zrobiło mi się czarno przedoczami. Zemdlałam. Obudziłam się w momencie, gdy Luca układał mnie do łóżka.
- Zbawca – wyszeptałam.
- To zabawne Lily, moja Lily. Tak właśnie mam na nazwisko. Salvatore.- Otworzyłam zmęczone oczy, by spojrzeć w jego rozpromienioną twarz.
- Udało się – wyszeptałam.
- Nam się udało, belissima – powiedział. Przycisnęłam swoje usta do jego w ramach podziękowania. Zasnęłam z wycieńczenia.
Powoli dochodziłam do siebie. Mimo, że minęły 4 dni, to ten nadludzki wysiłek kosztował mnie wiele zdrowia. Niestety nie miałam żadnych wieści od Aless. Starałam się myśleć pozytywnie. W ostatnim czasie Igor całkowicie odłożył ją na drugi tor. Na moje szczęście. Spełniał swoje porachunki działając dla mafii. Luca codziennie donosił mi o jego posunięciach.
Zbliżała się połowa lipca, a z nią dzień. Dzisiejszy dzień. Moje urodziny. Moja szesnastka. Niestety nie miałam ochoty niczego świętować. Miałam poważniejsze kłopoty, niż jakieś tam urodziny. Kiedyś marzyłam o niesamowitej imprezie, na której jedynym problemem będzie wybór chłopaka. A teraz? Marzyłam o tym, żeby dożyć jutra. Nikt nic nie wspominał o moich urodzinach, więc miałam nadzieję, że nic dla mnie nie szykują.
Wstałam przed wschodem słońca. Leżałam, kręciłam się, jednak za żadne skarby świata nie mogłam ponownie zasnąć. Nie pozostało mi nic innego jak wstać. Ubrałam się i postanowiłam przespacerować się po domu. Dom był ogromny. Zawierał tyle pomieszczeń, że nikt by ich nie zliczył. Spacerowałam po pierwszym piętrze przyglądając się z zaciekawieniem. Nagle coś na mnie spadło.To ‘coś’ zaczęło po mnie łazić. PAJĄK! Panicznie bałam się tych małych stworzeń. W innych okolicznościach zaczęłabym się miotać i krzyczeć, jednak dzisiaj nie chciałam zwracać na siebie zbytniej uwagi. Zaczęłam wywijać rękami,byle tylko go z siebie strzepać. Potknęłam się o własne nogi i wpadłam dojakiegoś pokoju. Drzwi automatycznie się za mną zamknęły. Było ciemno. Przerażająco. Podniosłam się z podłogi. Dotykałam ręką ściany. Chciałam jak najszybciej znaleźć włącznik światła. Było to niesamowicie trudne zajęcie, bo cały czas wpadałam na dziwne przedmioty i za każdym razem odskakiwałam od nich. W ciemności czają się różne rzeczy, złe rzeczy. Na szczęście znalazłam włącznik światła. Z upragnieniem patrzyłam jak każdy kąt wypełnia się światłem. Było to zaskakujące, bo w takim momencie opuszcza człowieka cały strach. To co zobaczyłam – zaskoczyło mnie. Było to coś w rodzaju pokoju muzycznego. W całym pomieszczeniu znajdowały się różne instrumenty, a w rogu pokoju stał fotel, który wyglądał zachęcająco i wygodnie. Po przekątnej stał fortepian. Jako mała dziewczynka chodziłam do babci, która uczyła mnie grać na tym magicznym instrumencie. W późniejszych latach umiałam już grać na gitarze klasycznej. Planowałam posunąć się w dalszym kierunku – ku gitarze elektrycznej, ale… Tak, zawsze jest jakieś ale. Poszłam do Hogwartu. Przestałam ćwiczyć. To jedna z tych rzeczy, których zawsze będziemy żałować. Tam nie miałam czasu, by robić to co kocham,mimo wszystko nie zmieniłabym tego co się stało.
Usiadłam przy fortepianie. Przejechałam palcami po zakurzonych klawiszach. Dawno tego nie robiłam. Uśmiechnęłam się na samo wspomnienie tego, gdy moje smukłe palce poruszały się po klawiszach. Zagrałam kilka dobrze znanych taktów. Wychodziło mi, aż …. FAŁSZ! Skrzywiłam się na sam dźwięk. Jednak to prawda, że jak człowiek nie ćwiczy to zapomina. Szkoda. Wstałam od fortepianu. Rozglądałam się. Na ścianie wisiały gitary, obok stała perkusja i inne instrumenty. Podeszłam bliżej ściany. Zdjęłam jedną z gitar. Tą która mi się najbardziej spodobała. Była oczywiście niebieska, a jakże by inaczej. Usiadłam w fotelu.
Moje palce zgrabnie przesuwały się między strunami gitary. Cieszyłam się jak małe dziecko, że jeszcze coś pamiętam. Brakowało mi tego wszkole. Zagrałam dobrze znaną melodię i śpiewałam to co przyszło mi na myśl. Wyszła z tego nawet fajna piosenka. Śpiewałam, grałam, bawiłam się głosem. Nawet nie zauważyłam, że ktoś przyglądał mi się z boku.
- Nieźle.
Przestraszyłam się i speszona spuściłam głowę.
- Nie wiedziałem, że grasz Lily.
- Ja… Przepraszam, nie chciałam tu wchodzić, ale… - plątałam się w wyjaśnieniach.
- Nic się nie stało. Graj śmiało. Zagraj jeszcze raz tą melodię.
- Dla ciebie wszystko Joe, ale czy ty nie powinieneś właśnie leżeć? – zapytałam. W jego oczach igrały wesołe ogniki.
- Powinienem – odpowiedział z rozbawieniem. – Ledwo uciekłem Luci.
- Nieładnie Joe. Powinieneś odpoczywać ! – powiedziałam matczynym głosem. Patrzył na mnie błagalnymi oczami – Dobrze, już dobrze. Wygrałeś! Ale tylko chwilę. Niedługo się stąd zmywamy.
- Wiedziałem, że można na ciebie liczyć.
Zagrałam, a Joe śpiewał. Miał niesamowity głos. Bawiliśmy, śmialiśmy się. Było po prostu zabawnie. Cieszyłam się, że mam takie towarzystwo. Czułam się taka potrzebna, jakbym była ich rodziną.
- Dziękuje Joe – powiedziałam zupełnie szczerze.
- Za co Lily?
- Za to, że mogę się tu zatrzymać. Wśród was. Za to, że się mną opiekujecie i troszczycie. Za to, że po prostu jesteście. – powiedziałam.
- Lily, ale nie musisz płakać – powiedział i objął mnie ramieniem.
- Nigdy się tak nie czułam Joe, to takie nie wiem… Brak mi słów, żeby to opisać. Czuje się tu taka potrzebna, kochana. Po prostu, brak słów – powiedziałam. Czułam w gardle gulę, której nie dało się przełknąć. Byłam im wdzięczna i to bardzo – Dziękuje, że to dla mnie robicie.
- Naprawdę Lily, nie ma sprawy. Czuj się jak w rodzinie, jesteś nią. No chodź, nie płacz już. Idziemy, bo Luci się na pewno martwi o mnie.
Wstałam, otarłam łzy. Joe był jak lekarstwo. Takiego to ze świecą szukać! Dosłownie.
- Hej Lily, masz jakieś wiadomości od Aless?
- Ma się świetnie Joe – wiedziałam, że ten temat w końcu nadejdzie. Kłamałam. Kiedyś mu powiem. Obiecywałam sobie.
- A co u niej słychać? Wiesz, czemu się do mnie nie odzywa?
- Pracuje. Cały wolny czas poświęca pracy Joe. Wiesz jak to jest.
- Ta, jasne. Oczywiście, że wiem. – powiedział markotny.
- Zapomniałabym, przesyła ci gorące buziaki – kolejne wielkie kłamstwo.
Joe widocznie się rozpromienił się. Nie miałam prawa tego robić. Jednak to było jedyne, co mogłam zrobić. Chciałam w to wierzyć. Jakbym powiedziała mu prawdę, już by go tu nie było. Znienawidzi mnie. Wiem o tym.
Luci rzeczywiście się martwiła. Szukała nas po całym domu, a Luca razem z nią. Gdy na niego spojrzałam, posłał mi jeden z tych swoich uśmiechów. Wiecie, takich gdy od razu nogi wam miękną i się rozpływacie.
- Która godzina ? – zapytałam.
-  Zbliża się 12 – odpowiedziała Luci.
- Co???
- No tak, Lily.
- Wydawało mi się, że spędziłam tam może z godzinę. No dobra, my tu gadu gadu, a ja mam ważną sprawę na mieście do załatwienia. Tak więc wrócę za godzinę. Trzymajcie się! – powiedziałam i przytuliłam każdego z nich.
Poszłam w kierunki drzwi. Ubrałam buty i już miałam wychodzić, gdy coś mnie zatrzymało. Nie tyle coś, tylko ktoś.
- Luca…
- Belissima, nie powinnaś sama wychodzić.
- Wiem, wiem. Ale muszę. Zobaczymy się później ok.?
- Nie, nie ok. Martwię się o ciebie. Będzie jeszcze gorzej jak pójdziesz tam sama.
- Nic mi nie będzie. Obiecuję. W razie czego zadzwonię.
- Nie przekonuje mnie to.
Podeszłam do niego, stanęłam na palcach. Pocałunek. On załatwia wszystkie sprawy. Brakowało mi ostatnio smaku jego ust. Czułam się wręcz uzależniona od nich. Ostatnio Luca nie miał czasu dla mnie. Było mi smutno z tego powodu, ale wiedziałam, że nie jest dla mnie na wyłączność.
- A teraz? – powiedziałam i zręcznie wymknęłam mu się posyłając mu najpiękniejszy uśmiech.
- Może trochę – odpowiedział z przekąsem i zamknął za mną drzwi.
Wyszłam po prawo jazdy. Nie chciałam, żeby wiedzieli. Chodziło o urodziny. Nie chciałam nic od nich. Mimo to, robiłam z tego nie wiadomo jaką tajemnicę.
W mieście jak to w mieście. Odebrałam prawko, nawet kupiłam sobie ekstra bluzkę. W sam raz na jakąś imprezę. Nie ważne było to, że co chwilę dzwonił Luca. Sprawdzał czy jestem bezpieczna. Było to z jednej strony słodkie, a z drugiej denerwujące. Co mi się może stać przez 5 minut?! Był zdecydowanie zbyt opiekuńczy, jednak to znaczyło, że się o mnie martwi. I co najważniejsze, że mu zależy.
Po długich zakupach wróciłam do domu. Cała i zdrowa.Wiedziałam, że nic złego nie mogło mi się stać. Ale Luca jak to Luca, panikował.
- Jestem – krzyknęłam, wchodząc do domu.
- Lily? – dobiegł mnie dźwięk z kuchni.
- Tak to ja Luci. A coś się stało?
- Nie nic takiego, ale mogłabyś mi pomóc ?
- Jasne nie ma sprawy.
Poszłam do kuchni. Luci stała przy zlewie, gdzie była dosłownie góra naczyń. Zrobiłam wielkie oczy.
- Proszę – powiedziała Luci błagalnym głosem.
Pomogłam jej, bo przy okazji chciałam się odwdzięczyć.
Przy zmywaniu szybko płynął czas. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się, jak to dziewczyny.
- To co, jest coś między tobą a moim bratem? – zapytała siadając przy stole z kubkiem lemoniady w ręku.
Zaczerwieniłam się.
- Lily?
- Nie, nic między nami nie ma.
- To dlaczego jesteś cała czerwona?
Wiedziałam, byłam pewna, że to mnie zdradzi. Przeklęty organizm. Czemu zawsze tak reagowałam na takie sprawy?
- Dobrze, dobrze już mówię. Coś jest, ale nie wiem co. Zakochanie, zainteresowanie.
- To cudownie. Trzymam kciuki – powiedziała uradowana Luci.
- Właśnie. Mam coś dla ciebie. – pociągnęłam ją w kierunku mojego pokoju. Zdezorientowana Luci wpadła do niego zaraz za mną.
Z jednej z toreb wyjęłam sukienkę w kwiaty. Bardzo mi się spodobała i wiedziałam, że jest uszyta specjalnie dla niej. Biała sukienka w niebieskie kwiaty.
- To… To dla mnie?
- A widzisz tu kogoś innego?
- Nie trzeba było Lily. Z jakiej to okazji? Ja nic dla ciebie nie mam – odpowiedziała zawstydzona.
- Luci, nie ma żadnej okazji. To taki mały prezent, który wyraża moją wdzięczność. Za to że jesteś – powiedziałam i przytuliłam ją. – Za to, że jesteś moją przyjaciółką i zawsze masz czas słuchać mojej paplaniny.
- Nie ma sprawy Lily. Przyjaciółko.
Tak zawarłyśmy naszą przyjaźń. Miałam nadzieje, że na zawsze. To się czuje. Więź z druga osobą. Gdy wiesz, że ta druga to właśnie ta osoba, której możesz zaufać.
- Luci… myślisz, że dobrze robię?
- Ale w czym Lily?
- W tym, że okłamuje Joe. Czuje się z tym strasznie. Jestem okropną przyjaciółką.
- Nie prawda Lily. Robisz to, bo chcesz go chronić. Ja…
- Wiem, że mnie znienawidzi za to, ale chce by był zdrowy.
- Tak, żeby był w pełni sił, kiedy będzie się rozprawiał zIgorem?
- Dokładnie.
- Uważam, że Joe cię nie znienawidzi. On taki nie jest. Zrozumie cię. Będzie wiedział, że to dla jego dobra.
- Mam taką nadzieję.
- Mimo, że nie będzie się z tobą zgadzać. Może się trochę powściekać, ale przejdzie mu. Jak to Włoch.
- Chciałabym, a tak właściwie to, gdzie twój brat? Wydzwaniał do mnie co 5 minut, jak byłam poza domem.
- A on… On wyszedł – wyraźnie się zmieszała. – Nie wiem kiedy wróci, nie mówił, gdzie idzie. A teraz chodź Lily. Czeka nas jeszcze wiele roboty.
Chcą nie chcąc poszłam za nią. Luci wymyślała coraz to nowe zajęcia. Czas na sprzątaniu upłynął nam jak z bicza trzasnął. Nim się obejrzałam, była już 18.
- Dobra Lily. Musimy iść teraz do piwnicy po pewną rzecz. Nie dam rady sama jej wziąć, a żadnego z chłopaków nie widać.
- Dobrze Luci pójdę z tobą – odpowiedziałam niechętnie.
Luci otworzyłam drewniane drzwi, które znajdowały się przy drzwiach wejściowych.
- Idź pierwsza Lily, będę tuż za tobą.
- Ale.. Ale..Ja…
- Nie ma żadnych ale – poszłam co miałam robić. Musiałam uważać na to, aby nie spaść ze schodów. Nie było tam żadnego światła.
- Czy na pewno nie masz różdżki Luci? – zapytałam odwracającsię do dziewczyny. Mimo, że ogarniała mnie ciemność to i tak widziałam zarys jej postaci.
- Na pewno Lily, zostawiłam ją na stoliku w salonie.
- Lipa – odpowiedziałam i schodziłam dalej. Podniosłam nogę, jednak nie było tam już schodka.
- Lily, masz przed sobą drzwi. Musisz tylko znaleźć klamkę. – szukałam w ciemności, aż namacałam żelazną klamkę. Pociągnęłam ja w dół, a drzwi otworzyły się. Oślepił mnie blask lamp…
------------------------------------------------------------
Teraz pytanie, do was. Jakieś propozycję dalszej notki? Czekam na wasze pomysły !  hahaha
Ps. Przepraszam za wszelkie błędy i literówki - notkę pisałam szybko.
I za zlepione wyrazy, ale to wina Onetu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz