- Wiem, że tu jesteś – zabrzmiał głos na początku
uliczki. – Nie uciekniesz mi maleńka.
Wiedziałam, że się zbliżał. Wiedziałam i coraz
bardziej drżałam ze strachu. W środku oczywiście. Postać zbliżała się coraz
bardziej, a ja czułam jak łapią mnie miejscowe skurcze. Bolało, jednak wolałam
się nie ruszać. Jego cień zbliżał się do mnie nieuchronnie. Gdy się ze mną
zrównał,wyskoczyłam z dzikim okrzykiem. Wpadłam na niego i walnęłam go tym co
miałam w ręku. Okazało się to metalowym prętem. Waliłam przeciwnika(Igora) z
całej siły, mimo tego, że kompletnie się nie ruszał. Dziwne było to,że tak
łatwo go powaliłam. Podejrzane. Okładałam go jeszcze kilka razy. Adrenalina
powoli zaczęła odpływać. Pręt z hukiem opadł na ziemię. Drżałam. Nie miałam
pojęcia dlaczego. Podeszłam do początku uliczki. Sprawdziłam okolicę. Przyszedł
sam. Jakie to niespotykane. Wielki mafiozo dał się powalić nastolatce.
Rozglądałam się szukając czegoś podejrzanego. Niczego takiego nie znalazłam.
Stałam tam jeszcze przez chwile. Obróciłam się. Igor budził się. Dziwne.
Przecież nie mógł wstać po 3 minutach. Przecież był nieprzytomny. Jak…Jak to w
ogóle możliwe? Te i tysiące innych pytań kłębiło mi się w głowie. Rzuciłam się
w dzikim biegu, byle jak najdalej od tamtego miejsca. Myślałam, że to da mi
trochę czasu na ucieczkę. Zaczęłam kierować się w tamto miejsce. Tam, gdzie
wszystko się zaczęło. Promyczek nadziei wciskał mi kit, że może Igor sobie
odpuści. Marzenie ściętej głowy. Zbliżałam się do tego miejsca. Usłyszałam za
sobą kroki. Obróciłam się i ujrzałam Igora. Cichy dźwięk wydobył się z moich
ust. Był coraz bliżej, a ja coraz bardziej byłam wycieńczona. Ostatkiem sił
wbiegałam po schodach, a on za mną. Wpadłam do umówionego pokoju prosto w
ramiona Luca. Na szczęście był. Dziękowałam mu w myślach. Słyszałam kroki Igora
na schodach, ale było to już nieważne. Byłam w bezpiecznych ramionach Luca.
Zrobiło mi się czarno przedoczami. Zemdlałam. Obudziłam się w momencie, gdy
Luca układał mnie do łóżka.
- Zbawca – wyszeptałam.
- To zabawne Lily, moja Lily. Tak właśnie mam na
nazwisko. Salvatore.- Otworzyłam
zmęczone oczy, by spojrzeć w jego rozpromienioną twarz.
- Udało się – wyszeptałam.
- Nam się udało, belissima
– powiedział. Przycisnęłam swoje usta do jego w ramach podziękowania. Zasnęłam
z wycieńczenia.
Powoli dochodziłam do siebie. Mimo, że minęły 4 dni,
to ten nadludzki wysiłek kosztował mnie wiele zdrowia. Niestety nie miałam
żadnych wieści od Aless. Starałam się myśleć pozytywnie. W ostatnim czasie Igor
całkowicie odłożył ją na drugi tor. Na moje szczęście. Spełniał swoje
porachunki działając dla mafii. Luca codziennie donosił mi o jego posunięciach.
Zbliżała się połowa lipca, a z nią dzień. Dzisiejszy
dzień. Moje urodziny. Moja szesnastka. Niestety nie miałam ochoty niczego
świętować. Miałam poważniejsze kłopoty, niż jakieś tam urodziny. Kiedyś
marzyłam o niesamowitej imprezie, na której jedynym problemem będzie wybór
chłopaka. A teraz? Marzyłam o tym, żeby dożyć jutra. Nikt nic nie wspominał o
moich urodzinach, więc miałam nadzieję, że nic dla mnie nie szykują.
Wstałam przed wschodem słońca. Leżałam, kręciłam się,
jednak za żadne skarby świata nie mogłam ponownie zasnąć. Nie pozostało mi nic
innego jak wstać. Ubrałam się i postanowiłam przespacerować się po domu. Dom
był ogromny. Zawierał tyle pomieszczeń, że nikt by ich nie zliczył.
Spacerowałam po pierwszym piętrze przyglądając się z zaciekawieniem. Nagle coś
na mnie spadło.To ‘coś’ zaczęło po mnie łazić. PAJĄK! Panicznie bałam się tych
małych stworzeń. W innych okolicznościach zaczęłabym się miotać i krzyczeć,
jednak dzisiaj nie chciałam zwracać na siebie zbytniej uwagi. Zaczęłam wywijać
rękami,byle tylko go z siebie strzepać. Potknęłam się o własne nogi i wpadłam
dojakiegoś pokoju. Drzwi automatycznie się za mną zamknęły. Było ciemno.
Przerażająco. Podniosłam się z podłogi. Dotykałam ręką ściany. Chciałam jak
najszybciej znaleźć włącznik światła. Było to niesamowicie trudne zajęcie, bo
cały czas wpadałam na dziwne przedmioty i za każdym razem odskakiwałam od nich.
W ciemności czają się różne rzeczy, złe rzeczy. Na szczęście znalazłam włącznik
światła. Z upragnieniem patrzyłam jak każdy kąt wypełnia się światłem. Było to
zaskakujące, bo w takim momencie opuszcza człowieka cały strach. To co
zobaczyłam – zaskoczyło mnie. Było to coś w rodzaju pokoju muzycznego. W całym
pomieszczeniu znajdowały się różne instrumenty, a w rogu pokoju stał fotel,
który wyglądał zachęcająco i wygodnie. Po przekątnej stał fortepian. Jako mała
dziewczynka chodziłam do babci, która uczyła mnie grać na tym magicznym
instrumencie. W późniejszych latach umiałam już grać na gitarze klasycznej.
Planowałam posunąć się w dalszym kierunku – ku gitarze elektrycznej, ale… Tak,
zawsze jest jakieś ale. Poszłam do Hogwartu. Przestałam ćwiczyć. To jedna z tych
rzeczy, których zawsze będziemy żałować. Tam nie miałam czasu, by robić to co
kocham,mimo wszystko nie zmieniłabym tego co się stało.
Usiadłam przy fortepianie. Przejechałam palcami po
zakurzonych klawiszach. Dawno tego nie robiłam. Uśmiechnęłam się na samo
wspomnienie tego, gdy moje smukłe palce poruszały się po klawiszach. Zagrałam
kilka dobrze znanych taktów. Wychodziło mi, aż …. FAŁSZ! Skrzywiłam się na sam
dźwięk. Jednak to prawda, że jak człowiek nie ćwiczy to zapomina. Szkoda.
Wstałam od fortepianu. Rozglądałam się. Na ścianie wisiały gitary, obok stała
perkusja i inne instrumenty. Podeszłam bliżej ściany. Zdjęłam jedną z gitar. Tą
która mi się najbardziej spodobała. Była oczywiście niebieska, a jakże by
inaczej. Usiadłam w fotelu.
Moje palce zgrabnie przesuwały się między strunami
gitary. Cieszyłam się jak małe dziecko, że jeszcze coś pamiętam. Brakowało mi
tego wszkole. Zagrałam dobrze znaną melodię i śpiewałam to co przyszło mi na
myśl. Wyszła z tego nawet fajna piosenka. Śpiewałam, grałam, bawiłam się
głosem. Nawet nie zauważyłam, że ktoś przyglądał mi się z boku.
- Nieźle.
Przestraszyłam się i speszona spuściłam głowę.
- Nie wiedziałem, że grasz Lily.
- Ja… Przepraszam, nie chciałam tu wchodzić, ale… -
plątałam się w wyjaśnieniach.
- Nic się nie stało. Graj śmiało. Zagraj jeszcze raz
tą melodię.
- Dla ciebie wszystko Joe, ale czy ty nie powinieneś
właśnie leżeć? – zapytałam. W jego oczach igrały wesołe ogniki.
- Powinienem – odpowiedział z rozbawieniem. – Ledwo
uciekłem Luci.
- Nieładnie Joe. Powinieneś odpoczywać ! –
powiedziałam matczynym głosem. Patrzył na mnie błagalnymi oczami – Dobrze, już
dobrze. Wygrałeś! Ale tylko chwilę. Niedługo się stąd zmywamy.
- Wiedziałem, że można na ciebie liczyć.
Zagrałam, a Joe śpiewał. Miał niesamowity głos.
Bawiliśmy, śmialiśmy się. Było po prostu zabawnie. Cieszyłam się, że mam takie
towarzystwo. Czułam się taka potrzebna, jakbym była ich rodziną.
- Dziękuje Joe – powiedziałam zupełnie szczerze.
- Za co Lily?
- Za to, że mogę się tu zatrzymać. Wśród was. Za to,
że się mną opiekujecie i troszczycie. Za to, że po prostu jesteście. –
powiedziałam.
- Lily, ale nie musisz płakać – powiedział i objął
mnie ramieniem.
- Nigdy się tak nie czułam Joe, to takie nie wiem…
Brak mi słów, żeby to opisać. Czuje się tu taka potrzebna, kochana. Po prostu,
brak słów – powiedziałam. Czułam w gardle gulę, której nie dało się przełknąć.
Byłam im wdzięczna i to bardzo – Dziękuje, że to dla mnie robicie.
- Naprawdę Lily, nie ma sprawy. Czuj się jak w
rodzinie, jesteś nią. No chodź, nie płacz już. Idziemy, bo Luci się na pewno
martwi o mnie.
Wstałam, otarłam łzy. Joe był jak lekarstwo. Takiego
to ze świecą szukać! Dosłownie.
- Hej Lily, masz jakieś wiadomości od Aless?
- Ma się świetnie Joe – wiedziałam, że ten temat w
końcu nadejdzie. Kłamałam. Kiedyś mu powiem. Obiecywałam sobie.
- A co u niej słychać? Wiesz, czemu się do mnie nie
odzywa?
- Pracuje. Cały wolny czas poświęca pracy Joe. Wiesz
jak to jest.
- Ta, jasne. Oczywiście, że wiem. – powiedział
markotny.
- Zapomniałabym, przesyła ci gorące buziaki – kolejne
wielkie kłamstwo.
Joe widocznie się rozpromienił się. Nie miałam prawa
tego robić. Jednak to było jedyne, co mogłam zrobić. Chciałam w to wierzyć.
Jakbym powiedziała mu prawdę, już by go tu nie było. Znienawidzi mnie. Wiem o
tym.
Luci rzeczywiście się martwiła. Szukała nas po całym
domu, a Luca razem z nią. Gdy na niego spojrzałam, posłał mi jeden z tych
swoich uśmiechów. Wiecie, takich gdy od razu nogi wam miękną i się rozpływacie.
- Która godzina ? – zapytałam.
- Zbliża się 12
– odpowiedziała Luci.
- Co???
- No tak, Lily.
- Wydawało mi się, że spędziłam tam może z godzinę. No
dobra, my tu gadu gadu, a ja mam ważną sprawę na mieście do załatwienia. Tak
więc wrócę za godzinę. Trzymajcie się! – powiedziałam i przytuliłam każdego z
nich.
Poszłam w kierunki drzwi. Ubrałam buty i już miałam
wychodzić, gdy coś mnie zatrzymało. Nie tyle coś, tylko ktoś.
- Luca…
- Belissima,
nie powinnaś sama wychodzić.
- Wiem, wiem. Ale muszę. Zobaczymy się później ok.?
- Nie, nie ok. Martwię się o ciebie. Będzie jeszcze
gorzej jak pójdziesz tam sama.
- Nic mi nie będzie. Obiecuję. W razie czego
zadzwonię.
- Nie przekonuje mnie to.
Podeszłam do niego, stanęłam na palcach. Pocałunek. On
załatwia wszystkie sprawy. Brakowało mi ostatnio smaku jego ust. Czułam się
wręcz uzależniona od nich. Ostatnio Luca nie miał czasu dla mnie. Było mi
smutno z tego powodu, ale wiedziałam, że nie jest dla mnie na wyłączność.
- A teraz? – powiedziałam i zręcznie wymknęłam mu się
posyłając mu najpiękniejszy uśmiech.
- Może trochę – odpowiedział z przekąsem i zamknął za
mną drzwi.
Wyszłam po prawo jazdy. Nie chciałam, żeby wiedzieli.
Chodziło o urodziny. Nie chciałam nic od nich. Mimo to, robiłam z tego nie
wiadomo jaką tajemnicę.
W mieście jak to w mieście. Odebrałam prawko, nawet
kupiłam sobie ekstra bluzkę. W sam raz na jakąś imprezę. Nie ważne było to, że
co chwilę dzwonił Luca. Sprawdzał czy jestem bezpieczna. Było to z jednej
strony słodkie, a z drugiej denerwujące. Co mi się może stać przez 5 minut?!
Był zdecydowanie zbyt opiekuńczy, jednak to znaczyło, że się o mnie martwi. I
co najważniejsze, że mu zależy.
Po długich zakupach wróciłam do domu. Cała i
zdrowa.Wiedziałam, że nic złego nie mogło mi się stać. Ale Luca jak to Luca,
panikował.
- Jestem – krzyknęłam, wchodząc do domu.
- Lily? – dobiegł mnie dźwięk z kuchni.
- Tak to ja Luci. A coś się stało?
- Nie nic takiego, ale mogłabyś mi pomóc ?
- Jasne nie ma sprawy.
Poszłam do kuchni. Luci stała przy zlewie, gdzie była
dosłownie góra naczyń. Zrobiłam wielkie oczy.
- Proszę – powiedziała Luci błagalnym głosem.
Pomogłam jej, bo przy okazji chciałam się odwdzięczyć.
Przy zmywaniu szybko płynął czas. Rozmawiałyśmy,
śmiałyśmy się, jak to dziewczyny.
- To co, jest coś między tobą a moim bratem? –
zapytała siadając przy stole z kubkiem lemoniady w ręku.
Zaczerwieniłam się.
- Lily?
- Nie, nic między nami nie ma.
- To dlaczego jesteś cała czerwona?
Wiedziałam, byłam pewna, że to mnie zdradzi. Przeklęty
organizm. Czemu zawsze tak reagowałam na takie sprawy?
- Dobrze, dobrze już mówię. Coś jest, ale nie wiem co.
Zakochanie, zainteresowanie.
- To cudownie. Trzymam kciuki – powiedziała uradowana
Luci.
- Właśnie. Mam coś dla ciebie. – pociągnęłam ją w
kierunku mojego pokoju. Zdezorientowana Luci wpadła do niego zaraz za mną.
Z jednej z toreb wyjęłam sukienkę w kwiaty. Bardzo mi
się spodobała i wiedziałam, że jest uszyta specjalnie dla niej. Biała sukienka
w niebieskie kwiaty.
- To… To dla mnie?
- A widzisz tu kogoś innego?
- Nie trzeba było Lily. Z jakiej to okazji? Ja nic dla
ciebie nie mam – odpowiedziała zawstydzona.
- Luci, nie ma żadnej okazji. To taki mały prezent,
który wyraża moją wdzięczność. Za to że jesteś – powiedziałam i przytuliłam ją.
– Za to, że jesteś moją przyjaciółką i zawsze masz czas słuchać mojej
paplaniny.
- Nie ma sprawy Lily. Przyjaciółko.
Tak zawarłyśmy naszą przyjaźń. Miałam nadzieje, że na
zawsze. To się czuje. Więź z druga osobą. Gdy wiesz, że ta druga to właśnie ta
osoba, której możesz zaufać.
- Luci… myślisz, że dobrze robię?
- Ale w czym Lily?
- W tym, że okłamuje Joe. Czuje się z tym strasznie.
Jestem okropną przyjaciółką.
- Nie prawda Lily. Robisz to, bo chcesz go chronić.
Ja…
- Wiem, że mnie znienawidzi za to, ale chce by był
zdrowy.
- Tak, żeby był w pełni sił, kiedy będzie się
rozprawiał zIgorem?
- Dokładnie.
- Uważam, że Joe cię nie znienawidzi. On taki nie
jest. Zrozumie cię. Będzie wiedział, że to dla jego dobra.
- Mam taką nadzieję.
- Mimo, że nie będzie się z tobą zgadzać. Może się
trochę powściekać, ale przejdzie mu. Jak to Włoch.
- Chciałabym, a tak właściwie to, gdzie twój brat?
Wydzwaniał do mnie co 5 minut, jak byłam poza domem.
- A on… On wyszedł – wyraźnie się zmieszała. – Nie
wiem kiedy wróci, nie mówił, gdzie idzie. A teraz chodź Lily. Czeka nas jeszcze
wiele roboty.
Chcą nie chcąc poszłam za nią. Luci wymyślała coraz to
nowe zajęcia. Czas na sprzątaniu upłynął nam jak z bicza trzasnął. Nim się
obejrzałam, była już 18.
- Dobra Lily. Musimy iść teraz do piwnicy po pewną
rzecz. Nie dam rady sama jej wziąć, a żadnego z chłopaków nie widać.
- Dobrze Luci pójdę z tobą – odpowiedziałam
niechętnie.
Luci otworzyłam drewniane drzwi, które znajdowały się
przy drzwiach wejściowych.
- Idź pierwsza Lily, będę tuż za tobą.
- Ale.. Ale..Ja…
- Nie ma żadnych ale – poszłam co miałam robić.
Musiałam uważać na to, aby nie spaść ze schodów. Nie było tam żadnego światła.
- Czy na pewno nie masz różdżki Luci? – zapytałam
odwracającsię do dziewczyny. Mimo, że ogarniała mnie ciemność to i tak
widziałam zarys jej postaci.
- Na pewno Lily, zostawiłam ją na stoliku w salonie.
- Lipa – odpowiedziałam i schodziłam dalej. Podniosłam
nogę, jednak nie było tam już schodka.
- Lily, masz przed sobą drzwi. Musisz tylko znaleźć
klamkę. – szukałam w ciemności, aż namacałam żelazną klamkę. Pociągnęłam ja w
dół, a drzwi otworzyły się. Oślepił mnie blask lamp…
------------------------------------------------------------
Teraz pytanie, do was. Jakieś propozycję dalszej
notki? Czekam na wasze pomysły !
Ps. Przepraszam za wszelkie błędy i literówki - notkę
pisałam szybko.
I za zlepione wyrazy, ale to wina Onetu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz