sobota, 23 czerwca 2012

Rozdział XII - Strach ma wielkie oczy.

Jechałam. Co ja mówię, wręcz pędziłam. Przez noc. Bez kasku. Czy to nie brzmi trochę jak misja samobójcza? Tak się może niektórym wydawać,ale mi jednak przyświecał cel. Cel. Zabawne, każdy dąży do jego osiągnięcia.Nie każdemu się udaje. Jednak nikt nigdy nie powiedział, że cel podróży czy cel życia będzie piękny i kolorowy. Co z szarością, smutkiem, cierpieniem? Czy one są wpisane w życie?  Moje życie? Czy każda szczęśliwa chwila pociąga za sobą jakąś tragedię? Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Być może to fatum, być może coś innego. Mimo wszystko zawsze jest coś, co nade mną wisi i nie pozwala mi być do końca szczęśliwą.
Nie zważając na powiększającą się strzałkę w liczniku prędkości, jechałam przez puste ulice Rzymu. Tą drogę pokonywałam już nie raz.Wiedziałam dokładnie w którą uliczkę powinnam skręcić, aby dojechać do miejsca mojej podróży. Zajechałam pod dom niemal w pół minuty. Okolica wyglądała spokojnie. Była pogrążona w błogim śnie. Jedynie światło jednego domku zakłócało wszechobecną ciemność. Rozejrzałam się uważnie. Nie było nic podejrzanego ani godnego uwagi. Coś poruszyło się przede mną. Jakaś postać oddalała się biegiem, odwracając się za siebie. Coś tu śmierdzi. Zdecydowanie coś jest nie tak.
Nie czekając dłużej zsiadłam z motoru i biegiem udałam się do domku. Zostawiłam motor, tak jak przyjechałam razem z kluczykami, ale teraz to nie było najważniejsze. Ważne było, żeby zdążyć. Wbiegłam po schodach przy okazji potykając się o moje za długie nogi. Nie czekając dłużej wparowałam do mieszkania. Dostałam lekkiej zadyszki, jednak nie przeszkadzało mi to.Rozglądnęłam się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, dopóki mój wzrok nie spoczął na salonie. Coś było nie w porządku. Weszłam tam i doznałam szoku.Wszędzie było pełno krwi. Zemdliło mnie od tego widoku. Ściany, meble,dosłownie wszystko.  Nawet sufit. Jedna kto nie było to co mnie przeraziło. Na kanapie było ciało. Podeszłam bliżej.Postać była odwrócona. Przypuszczałam, że jest to kobieta. Odwróciłam ją. To…Nie, nie wierze! To była Aless! Dosłownie w jednej chwili mnie zmroziło. Czułam jak uginają się pode mną nogi. Pamiętam, jak osunęłam się na ziemię trzymając kuzynkę za rękę. Nie byłam w stanie logicznie myśleć. Nagle mój świat zawalił się. Nic nie było już ważne. Trzymałam ją w ramionach, mając nadzieję, że to kolejny zły sen, że kuzynka zaraz wstanie i powie, że to wszystko żart, że… że żyje…
Łzy ciekły mi po twarzy, zabierając mi pole widzenia. Co jakiś czas wstrząsały mną spazmy. Nie wiem, jak długo tam siedziałam pogrążona w otchłani rozpaczy.Chyba to do mnie jeszcze nie docierało. Ta myśl nie chciała dostać się do mojego umysłu, może dlatego, że jej na to nie pozwalałam. Trzymałam jej ciało w swoich rękach modląc się do Boga. Ten horror tak naprawdę do mnie nie docierał.Mój świat zwolnił. Ciało ugięło się do przodu i położyłam głowę na jej klatce piersiowej. Było mi wszystko jedno, co się dzieje. Minęło sporo czasu, jednak ja nie przestawałam płakać. Nie wiem kiedy, ani skąd pojawił się Luca.
- Lilyann… - dobiegł mnie głos, który poznałabym wszędzie.  Pozwoliłam, aby część szczegółów dotarła do mojego umysłu. Intensywnie wpatrywałam się w Luca opuchniętymi oczyma.
- Wszystko będzie dobrze kochanie. – wyciągnął do mnie dłoń chcąc wziąć mnie w ramiona.
- Nie, nie mogę jej tu zostawić – wyjąkałam, a moim ciałem wstrząsnął potężny spazm.
Mimo moich protestów Luca podniósł mnie z podłogi. Jego ramiona owinęły się wokół mnie. Oczy mnie piekły, mimo wszystko łzy dalej leciały mocząc koszulę Luca. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej, pozwalając mu na głaskanie moich włosów. Nie rozumiałam słów które do mnie wypowiadał. Pogrążałam się w rozpaczy. Luca wyciągnął telefon i nagle koło mnie pojawiła się Luci. Domyślam się, że przeraziło ją to co zobaczyła, bo wydała z siebie cichy dźwięk. Luca powoli wyprowadzał mnie z budynku,pozwalając by Luci została z Aless sam na sam. Mimo wszystko mój mózg wciąż nie akceptował tego faktu, ani nie dopuszczał takiej możliwości do siebie.
Skończyłam siedząc na motorze jadącym do domu. Te wszystkie wydarzenia, to było za dużo jak dla mnie. Nie mogłam w to uwierzyć.Byłam w szoku. Powoli wszystkie informacje składały mi się w jedną całość. Ta dziewczyna… To jej wina. Tylko dlaczego ktoś chciałby śmierci Aless?
Mija już piąty dzień odkąd nie ma Aless. Nie potrafię mówić jeszcze o tym. Jedynymi moim zajęciami jest płacz i wspominanie. Czuje,jak odsuwam się od wszystkich. Nie odpisuje już na żadne listy, ani z nikim szczególnie nie rozmawiam. Nie potrafię udawać, że się z tym pogodziłam. Bo do CHOLERY tak nie jest! Dlaczego ona? Jest taka młoda. Życie przed nią. A to wszystko moja wina. Gdybym wtedy została z nią i nie kazała jej wybierać, może wtedy byłaby żywa? Może śmiałaby się teraz razem ze mną? Wszystko spieprzyłam.Tyle, że nie potrafię żyć z tym, wiedząc, że przeze mnie ona teraz leży… Martwa?
Nie wychodziłam praktycznie z pokoju, wszystko mi ją przypominało. Kolejnym powodem był Joe. Bałam się, że gdy o nią zapyta wybuchnę płaczem. Kiedyś muszę mu o tym powiedzieć, ale nie jestem w stanie. To po prostu jest straszne. Cały czas mam ten obraz przed oczami. W nocy potrafię obudzić się kilkanaście razy zalana potem. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego i miałam nadzieję że mi się to już nigdy nie przytrafi. Dzisiaj był ten dzień. Postanowiłam, że nie mogę cały czas siedzieć sama w tym pokoju. Powoli wariowałam od tego. Wiem, że Aless na pewno nie chciałaby, żebym się użalałam i była smutna. Ale… Tęskniłam, cierpiałam.Tak cholernie… Jakaś część mnie chciała odwiedzić Joe i rzucić się w jego ramiona i rozpaczać, jednak wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. To by go zniszczyło.
Wstałam. To był pierwszy taki dzień. Poszłam się umyć i starałam się nie zwracać uwagi na moje podpuchnięte oczy i sińce pod oczami.Wyglądałam jak żywa śmierć.
Zeszłam na śniadanie i udawałam, że nic się nie stało.Wiedziałam, że był tam Joe, więc przybrałam na twarz szczęśliwy uśmiech. Po drodze spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że wyglądałam nawet przekonująco.Weszłam do kuchni z uśmiechem nr 3. Joe siedział nad jajecznicą grzebiąc w niej widelcem, a Luci stała nad nim ze złością na twarzy.
- Jak ci nie smakuje możesz powiedzieć – mówiła w kółko ze złością.
- Jest bardzo dobra – za każdym razem odpowiadał znudzony Joe, nie przerywając wcześniejszej czynności. 
Spoglądałam na nich z lekkim uśmiechem. Nie zauważyli mojej obecności, więc cichutko odchrząknęłam.
- O Lily – powiedziała Luci spoglądając na mnie smutnymi oczyma.
- Witajcie. Joe co ty taki ponury? – spytałam – Stało się coś ? Ktoś umarł?
Siliłam się na żarty. Czułam jak moje oczy wypełniają się łzami na samo wspomnienie. Luci spojrzała na mnie. Również była bliska płaczu. Oddychałam głęboko, by powstrzymać przypływającą falę rozpaczy. Udało się. Nie wiem jak długo wytrzymam.
- Nie, wszystko gra Lily. – odpowiedział smutnym i zmęczonym głosem.
Spojrzałam na niego. Wyglądał na smutnego. Był przygnębiony. Chyba się postarzał o kilka lat. Widziałam, że coś jest nie tak, ale nie podejmowałam tego tematu. Na razie.
- Co zjesz Lily? – zapytała Luci.
- Poproszę kawę.
- Musisz coś zjeść Lily – Luci spojrzała na mnie. Jej wzrok starał się mówić, że Aless na pewno by nie chciała, żebym się głodziła.
- Dobrze już dobrze, poproszę kanapkę z serem.
- Już się robi.
Joe spoglądał na nią to na mnie, a jego oczy jakby przygasły. Nie było w nich widać już tych wesołych ogników.
- Dziękuje – powiedział i wstał od stołu, sprzątając zmaltretowaną jajecznicę. Podszedł do Luci i pocałował ją w czoło. Ta w odpowiedzi pogroziła mu palcem. Sprawdziłam trzy razy czy sobie poszedł.
- I co, wiadomo coś?
Luci spojrzała na mnie smutno. – Dalej szukają.Wsadzają te nosy w nieswoje sprawy.
- Myślisz, że długo to potrwa?
- Tydzień, może dwa.
Szukali Aless. Policja. Zainteresowali się śladami krwi w mieszkaniu. Ktoś musiał ich powiadomić. Chciałam tylko pochować moją kuzynkę. Ale ktoś widocznie nie chciał dać temu spokoju, bo Aless stała się tematem numer 1 w prasie i telewizji. Dlatego Luca sprytnie ukrywał gazety i odłączył kablówkę.
- To długo.
Nie pocieszała mnie myśl, że ciało mojej kuzynki spoczywało w pokoju na trzecim piętrze. Tylko Luca i Luci wiedzieli gdzie. Ja wolałam nie wiedzieć.
Śniadanie zjadłam stosunkowo szybko, jeżeli nie liczyć przełykania na siłę kawałków jedzenia. Nic nie chciało przejść mi przez gardło.
Wyszłam na korytarz i skierowałam się prosto do pokoju Joe. Spojrzałam na niego przez uchylone drzwi. Siedział pochylając się nad jakimś zdjęciem. Cichutko zapukałam.
- Mogę?
- Jasne, wejdź Lily.
Nie chciałam być sama.
- Możemy porozmawiać? – spytałam i spojrzałam na jego ręce, w których znajdowało się zdjęcie Aless. Na sam widok moje oczy zaczęły wydzielać łzy. Spuściłam głowę.
- Co się stało Lily? – zapytał.
Pokręciłam głową na znak, że to nic takiego.
- Podnieś głowę – nakazał mi tonem starszego brata.Kiedy nie podnosiłam jej przez jakiś czas, sam to zrobił. – Lil ty płaczesz?
- Coś mi wpadło do oka.
- Kłamiesz Lil. Co się stało?
- Ja… Joe… tak strasznie cię przepraszam. Nie chce,żebyś mnie nienawidził. Jeżeli ci powiem wiem że to zrobisz…
Łzy leciały mi po twarzy.
- Ja wiem Lily.
- Co…Co wiesz? – spojrzałam na niego czujnymi oczami.
- Wszystko Lil. Od początku wiedziałem. Słyszałem jak rozmawialiście za moimi plecami. Ja wiem, że ona… ona…
- Joe, nie mów tego. Nie mów tego bo mi serce pęknie.
- Lil, nie nienawidzę cię, kocham cię jak siostrę. Japo prostu czuję się odpowiedzialny za to, że ona…
- To nie twoja wina Joe.
- Gdyby nie siedział, tylko przyprowadził ją tutaj….
- Nie przyszłaby Joe. Nigdy nie chciała być ograniczona.
- Nie prawda Lil – załkał cicho Joe. – Mogłaby mnie nienawidzić, ale była by żywa.
Łzy leciały po jego smukłej twarzy, a mnie się serce krajało.
- To nie twoja wina Joe. Gdybym jej tam nie zostawiła,gdybym nie kazała jej wybierać, jestem pewna że potoczyło by się to inaczej.
Joe siedział na łóżku oparty o ścianę. Wgramoliłam się tam i usiadłam obok niego. W odpowiedzi Joe wziął mnie w ramiona. Płakaliśmy cicho nad naszą stratą, nad naszym wielkim i niewyobrażalnym cierpieniem. Nie wiem ile czasu minęło, kiedy ostatni raz coś powiedziałam, ale czułam potrzebę,żeby coś powiedzieć.
- Czuje jakby wielka część mnie umarła – powiedziałam i cicho załkałam.
- Z nią odeszło mojej serce Lil. Kochałem i kocham ją ponad wszystko.
- Wiem Joe.
Przytuliłam się do niego. Nie wiem ile czasu minęło,sekundy czy godziny. Nikt tego nie liczył. Ważna była tylko ona. Chwilę tą przerwał Luca wchodząc do pokoju. Na początku rozglądnął się niepewnie, ale gdy zobaczył mnie i Joe zapłakanych, widziałam jak serce mu się kraje.
-  Nie chcę wam przerywać, ale Luci czeka z kolacją na dole.
- Tak, już idziemy – powiedział Joe nieprzytomnie.
Nie czułam się za dobrze, kręciło mi się w głowie od ciągłego płaczu.  Wstałam, ale od razu nogi się pode mną ugięły. Luca od razu znalazł się przy mnie przytrzymując mnie. Nie czekając na moją zgodę wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego pokoju.
- Belissima obiecaj mi, że dopóki nie wrócę będziesz tutaj leżała i odpoczywała.
Nie miałam siły odpowiedzieć, więc kiwnęłam lekko głową na zgodę. Luca położył mnie do łóżka i szczelnie przykrył kocem. Na odchodnym pocałował mnie w głowę.
Nie mam pojęcia, ile go nie było ze mną. Myślałam, że minęła wieczność. Spałam, gdy wchodził do mojego pokoju. Obudził mnie,delikatnie całując mnie w usta.
- Jak się czujesz? – zapytał.
- Lepiej – zdecydowanie zawroty głowy ustąpiły. Jak się okazało Luca przyniósł mi kolację. Zjadłam wszystko co przyniósł, dlatego że cały dzień nie miałam nic w ustach oprócz tej kanapki na śniadanie.
Potem Luca usiadł na łóżku i przytulił mnie. Nie wiem ile trwaliśmy w tym uścisku.
- Jak się czujesz cara mia?
- Lepiej.
- Dobrze wiesz, że nie o to pytam.
- Nie najlepiej. Wiadomo coś nowego?
- Nadal jej szukają. Nie rozumiem tylko, skąd oni wiedzą o tym.
- Myślę, że ktoś im dał cynk.
Ta rozmowa pozostawała bez odpowiedzi. Luca cały czas starał się odciągnąć moje myśli od Aless. Udawało mu się, jednak po chwili cierpienie wracało.
- Belissima,właściwie dlaczego nie ma tu jeszcze twoich wielbicieli?
- Bo mi wystarczy tylko jeden – powiedziałam mu  i pokazałam mu język.  – A gdzie się podziały twoje kobiety? Wątpię,że żadna nie chce takiego ciacha.
- Dowiedziały się, że aktualnie moje serce należy do kogoś innego.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mogę ci zadać jedno niedyskretne pytanie ?
- Jasne – odpowiedziałam.
- Przed kim uciekałaś tamtego dnia, gdy poznałaś Joe?
- Ach, to. Jednak z Joe’go to straszna papla.
- Coś tam wspominał. Tak więc, odpowiesz mi? – spytał się patrząc na mnie miną zbitego psa.
- Tak, odpowiem. To był mój były.
- Nie wiedziałem, przykro mi.
- Nie powinno ci być przykro. Nie dla kogoś takiego –powiedziałam z pogardą. – Spotkałam go tutaj, dokładnie rok temu. Nie miałam pojęcia, że on chodzi do Hogwartu. Spędziłam z nim cudowne chwilę, coś taki mały wakacyjny romans. Nie wiem, czemu wtedy ty się nie pojawiłeś. On przy tobie wymięka.
- Byłem w Wenecji. Stamtąd pochodzę. Ja też będę takim małym wakacyjnym romansem?
- To musi być piękne miasto. Daj spokój Luca -powiedziałam i pocałowałam go. - Ty nigdy nie będziesz małym romansem, nie dla mnie. Więc, wracając do opowieści. Było po prostu pięknie, ale minęło. Wróciłam do domu. Odpowiadałam na jego listy, jednak powoli pochłonęły mnie myśli o szkole, więc szybko zapominałam. On wtedy też nie pisał. Coś się urwało.Pojechałam do Hogwartu. Nie wiesz jaki to był szok zobaczyć go siedzącego przy stole Ślizgonów i uśmiechającego się do mnie. Była to dla mnie jakaś piękna bajka w której mogłam grać. Wydawał mi się idealny, bez wad. Wszystko szło pięknie i gładko. Jednak zmieniło się. Przed wakacjami coś się zaczęło psuć.Odsunął się ode mnie. Spotykał się ze swoimi kolegami. Parał się Czarną Magią.Zaczął mi powtarzać, że nie jestem dość dobra. Zawsze słyszałam to od każdego,jednak to był swojego rodzaju cios dla mnie. Aż tamtego pamiętnego dnia. Wszystko się skończyło. Wszystko przekreślił. Tamten dzień….
--------------------------
Wielka Sala, była inna. Zamiast czterech stołów, stała tam ponad setka mniejszych stolików, wszystkie ustawione w ten sam sposób. Przy każdym z nich siedział uczeń z nisko nachyloną głową gryzmoląc coś na rolce pergaminu. Jedynymi dźwiękami było skrzypienie piór i od czasu do czasu szmer, kiedy ktoś rozwijał swój pergamin. Był to czas egzaminu Obrony przed czarną magią.
Słońce padało strumieniami przez wysokie okna na pochylone głowy, które lśniły kasztanowo, miedzianie i na złoto. On, który miał blady i żylasty wygląd, jak roślina przetrzymywana w ciemnościach. Jego proste, przetłuszczone włosy leżały oklapnięte na stole, jego haczykowaty nos wisiał zaledwie o pół cala nad powierzchnią pergaminu kiedy pisał. Na swój sposób wydawał mi się piękny,uroczy. Wewnętrznie.
- Jeszcze pięć minut! – dobiegł wszystkich głos profesora Flitwicka, który chodził poruszał się między stolikami.
Czytałam swoją pracę. Wydawało mi się, że wszystko napisałam poprawnie. Rozglądnęłam się po sali.  Potter ziewał i mierzwił swoje kudły, sprawiając, że stawały się bardziej potargane, niż były. Odwrócił się do Syriusza i uśmiechał się do niego swoimi zębiskami.
Syriusz siedział rozparty beztrosko w swoim krześle kiwając się w tył na dwóch nogach. Był bardzo przystojny. Jego ciemne włosy opadały na oczy z pewnego rodzaju niedbałą elegancją, a siedząca za nim dziewczyna obserwowała go z nadzieją, chociaż on zdawał się tego nie zauważać. A dwa miejsca dalej za tą dziewczyną  siedział Remus. Wyglądał raczej blado i mizernie i zajęty był egzaminem. Czytając ponownie swoje odpowiedzi podrapał się w brodę końcem swego pióra marszcząc nieco brwi.
Glizgodon był małym chłopakiem o mysich włosach i szpiczastym nosie. Wyglądał na zaniepokojonego. Obgryzał paznokcie gapiąc się na swój arkusz i szurając po podłodze palcami stóp. Co chwila rzucał pełne nadziei spojrzenia na kartkę swojego sąsiada.
- Pióra na bok, proszę! - pisnął profesor Flitwick. - To dotyczy również ciebie, Stebbins! Proszę pozostać na miejscach podczas gdy ja będę zbierał wasze pergaminy! Accio!
Ponad setka rolek pergaminu poszybowała w powietrzu prosto w rozpostarte ramiona Flitwicka zwalając go z nóg do tyłu. Kilkoro ludzi wybuchnęło śmiechem.Kilku uczniów podniosło się z przednich ławek, chwyciło profesora Flitwicka pod ręce i postawiło go z powrotem na nogi.
- Dziękuję... dziękuję - wysapał profesor Flitwick. - No dobrze, wszyscy,jesteście wolni!
Potter zerwał się pierwszy i czekał, aż Black dołączy do niego. Pewnie znowu planowali napadać na słabszych. Wstałam z pewnego rodzaju elegancją i czekałam,aż Tonks i Marly skończą się pakować. Rozejrzałam się jeszcze po Sali i dostrzegłam Snape'a niedaleko, przemykającego się między stołami w  do Sali Wejściowej, wciąż pochłoniętego swoim egzaminem. Przygarbiony, a mimo to kanciasty szedł w tym szarpiącym stylu, który przypominał chód pająka,a jego oleiste włosy opadały mu na twarz.
Ruszyłam z dziewczynami śmiejąc się. Przemknęłyśmy obok Huncwotów słysząc skrawek ich rozmowy.
- Podobało ci się pytanie dziesiąte,Lunatyku? - zapytał Syriusz, kiedy pojawili się w Sali Wejściowej.
- Nawet bardzo - odparł rześko Lupin - Podać pięć oznak, które identyfikują wilkołaka. Rewelacyjne pytanie.
Skierowałyśmy się w kierunku jeziorka, aby pomoczyć zmęczone stopy. Potter i jego banda poczłapali ku nam. Rozglądnęłam się kolejny raz i z ulgą zobaczyłam,że Snape ślęcząc nad swoim egzaminem usiadł w gęstym cieniu kępy krzewów. Na całe szczęście Potter zatrzymał się przy buku nad brzegiem jeziora. Wyjął znicza, którego zapewne ukradł z treningu i zaczął się nim bawić. Glizdogon wyglądał na tak podnieconego tym co robił James, że mało się nie posikał. Nie wiem co jest fascynującego w łapaniu znicza. Remus wyciągnął książkę i zaczął czytać. Syriusz rozglądał się dookoła po uczniach rozłożonych na trawie. Wyglądał trochę na wyniosłego i znudzonego,ale i bardzo przystojnego. James nadal bawił się zniczem, pozwalając mu odlatywać coraz dalej i dalej, tak że niemal mógł uciec, ale zawsze chwytał go w ostatniej chwili. Glizdogon obserwował go z otwartymi ustami. Za każdym razem, gdy Jamesowi udał się jakiś szczególnie trudny chwyt, Glizdogon chwytał z przejęciem powietrze i bił brawo. Snape upychał papiery z SUMa do swojej torby. Wstał i ruszył przez trawę. Nie musiałam długo czekać, żeby zobaczyć, że James i Syriusz nie przepuszczą takiej okazji. Idioci!
Lupin i Glizdogon siedzieli dalej. Lupin nadal gapił się w dół na swoją książkę, ale jego oczy nie poruszały się i pomiędzy jego brwiami pojawiła się cienka zmarszczka. Glizdogon patrzył to na Syriusza i Jamesa, to na Snape'a z chciwym wyczekiwaniem wymalowanym na twarzy.
- Wszystko w porządku, Smarku? - spytał głośno James. Widocznie chciał, żeby całe błonie słyszały o jego głupocie. 
Snape zareagował tak szybko, jakby spodziewał się ataku. Upuszczając torbę wsadził rękę pod swoje szaty i jego różdżka była w połowie drogi na zewnątrz,kiedy James krzyknął Expelliarmus!
Różdżka Snape'a wyleciała na dwanaście stóp w powietrze i upadła z cichym głuchym odgłosem na trawę za nim. Syriusz parsknął śmiechem.
- Impedimenta! - krzyknął wskazując różdżką na Snape'a, który padł zwalony z nóg w połowie sięgania po swoją leżącą na trawie różdżkę.
Wszyscy uczniowie dookoła odwrócili się, by zobaczyć co się dzieje. Niektórzy podnieśli się i podchodzili bliżej. Niektórzy wyglądali na zalęknionych, inni na rozbawionych.
Snape leżał dysząc na ziemi. James i Syriusz zbliżyli się do niego z uniesionymi różdżkami. Idąc James zerkał przez ramię na nas. Glizdogon też się podniósł obserwując łapczywie, przechodząc wokół Lupina, by mieć lepszy widok.
- Jak poszedł egzamin, Smarkerusie? - spytał James.
- Patrzyłem na niego, dotykał nochalem pergaminu - stwierdził złośliwie Syriusz.- Będą na nim wielkie tłuste plamy, nie będą w stanie odczytać ani słowa.
Kilkoro obserwujących ich ludzi zaśmiało się. Snape próbował wstać, ale zaklęcie wciąż działało. Szarpał się jakby był związany niewidzialnymi linami.
- Wy... poczekajcie - wysapał wpatrując się w Jamesa z wyrazem najczystszej niechęci. - poczekajcie tylko!
- Poczekać na co? - spytał chłodno Syriusz. - Co zamierzasz zrobić, Smarku,wytrzesz o nas swój nochal?
Snape wyrzucił z siebie strumień przekleństw zmieszanych z zaklęciami, ale że jego różdżka leżała dziesięć stóp od niego, nic się nie wydarzyło. W tamtym momencie wstałam z różdżką wyciągniętą przed siebie, szykując się do ataku.Przyjaciółki próbowały mnie powstrzymać, jednak ja ich nie słuchałam.Przemknęłam przez bandę uczniów zebraną wokół nich.
- Umyj sobie buźkę - powiedział zimno James. - Scourgify!
W jednej chwili z ust Snape'a popłynęły strumieniem różowe bańki mydlane. Piana pokrywała jego wargi dusząc go...
- Zostawcie go W SPOKOJU!
James i Syriusz spojrzeli w moim kierunku. Wolna ręka Pottera natychmiast podskoczyła do jego włosów.
- Wszystko w porządku, Evans? - spytał James, a ton jego głosu stał się nagle uprzejmy, głębszy, bardziej dojrzały. Przeszły po mnie ciarki.
- Zostawcie go w spokoju – powtórzyłam. Patrzyłam na Pottera ze wszystkimi oznakami wielkiej niechęci. - Co on wam zrobił?
- No cóż - stwierdził James po chwili zastanowienia - chodzi bardziej o to, że istnieje, jeśli wiesz, co mam na myśli...
Idiota! – wyrzucałam sobie w myślach. Jak taka osoba może w ogóle stąpać po ziemi? Wielu z otaczających ich uczniów zaśmiało się, włączając w to Syriusza i Glizdogona, ale ani Lupin, wciąż najwyraźniej skupiony na swojej książce, ani ja tego nie uczyniliśmy.
- Myślisz, że jesteś zabawny - powiedziała zimno. - Ale jesteś tylko aroganckim, znęcającym się szmaciarzem, Potter. Zostaw go w spokoju.
- Zostawię, jeśli umówisz się ze mną, Evans - odparł szybko James. - No dalej,umów się ze mną i nigdy więcej nie położę różdżki na starym Smarku.
Za jego plecami Zaklęcie Unieruchamiające przestawało działać. Snape cal po calu ruszył czołgając się w kierunku swojej różdżki wypluwając kłęby mydlanej piany.
- Nie umówiłabym się z tobą nawet gdybym miała wybierać między tobą i wielką kałamarnicą - oznajmiłam.
- No to pech - powiedział rześko Syriusz i odwrócił się z powrotem do Snape'a -OJ!
Ale już było za późno. Snape wymierzył swoją różdżkę prosto w Jamesa. Błysnęło światło i na twarzy Pottera pojawiła się rana, opryskując krwią jego szaty.Jamesem okręciło. Po następnym błysku światła Snape wisiał do góry nogami w powietrzu. Jego szaty opadły mu na głowę odsłaniając wychudłe, blade nogi i parę poszarzałych majtek.
Wielu ludzi pośród małego tłumu zaczęło bić brawa. Syriusz, James i Glizdogon ryczeli ze śmiechu.
Byłam wściekła. Musiała to odzwierciedlać moja twarz, ryknęłam: - Sprowadź go na dół!
- Oczywiście - odparł James i machnął w górze różdżką. Snape upadł na ziemię jak pognieciony kłębek. Wyplątując się ze swoich szat wstał szybko z podniesioną różdżką, ale Syriusz krzyknął: - Petrificus Totalus! i Snape przewrócił się znowu sztywny jak deska.
- ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! - krzyknęłam. Teraz i ja miałam wyciągniętą różdżkę.James i Syriusz zerkali na mnie ostrożnie.
- Eh, Evans, nie zmuszaj mnie, żebym cię zaklął. - powiedział poważnie James.
- Więc zdejmij z niego tę klątwę!
James westchnął głęboko, po czym zwrócił się w stronę Snape'a i wymruczał przeciwzaklęcie.
- Proszę bardzo - powiedział kiedy Snape gramolił się na nogi. - Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie...
- Nie potrzebuję pomocy od takiej małej plugawej szlamy jak ona!
Mrugnęłam. Czy się przesłyszałam? Czy on faktycznie mnie tak nazwał? Serce mi się krajało.
- W porządku - odparłam chłodno. - W przyszłości nie będę się przejmować. I na twoim miejscu wyprałabym majtki,Smarku.
- Przeproś Evans! - ryknął James na Snape'a z różdżką groźnie wycelowaną w niego.
- Nie chcę, byś ty go zmuszał do przeprosin - krzyknęła Lily patrząc na Jamesa.- Jesteś tak samo zły jak on!
- Co? - zaskomlał. - Ja NIGDY nie nazwałbym cię... no wiesz jak!
- Czochrasz włosy, bo myślisz, że fajnie jest wyglądać, jakby się właśnie zeszło z miotły, popisujesz się z tym głupim zniczem, łazisz po korytarzach i ciskasz zaklęciami w każdego kto cię wkurza tylko dlatego, że potrafisz...Jestem zdziwiona, że twoja miotła może w ogóle oderwać się od ziemi, kiedy siedzi na niej taki wielki dupek jak ty. Jest mi NIEDOBRZE, gdy na ciebie patrzę!
Odwróciła się na pięcie i odeszła pospiesznie.
- Evans! - krzyknął za nią James. - Hej, EVANS!
Ale ja nie obejrzałam się za siebie.
- Co z nią? - spytał James bez skutku starając się wyglądać jakby to było pytanie na odczep i nie miało dla niego żadnego znaczenia.
- Czytając między wierszami powiedziałbym, że myśli, iż jesteś trochę próżny,stary. - odparł Syriusz.
- Jasne – odpowiedział wściekły teraz James. - Jasne...
Poszłam wściekła przez błonia. Pojedyncza łza błąkała się po moim policzku.Potter zaraz do mnie przyleciał.Starłam ja szybkim ruchem, jednak byłam pewna,iż widział, że płakałam.
- O co ci chodzi Evans? – zapytał, robiąc tą swoją zbitą minę.
- Daj mi święty spokój Potter.
- Nie dopóki nie powiesz mi o co ci chodzi – powiedział.
- Raczej chodzi o to, że istniejesz. Jeżeli, wiesz o co mi chodzi... Twoja gęba jest wszędzie. Dosłownie. Gdzie się nie obrócę jesteś TY. Rzygam jak na ciebie patrzę Potter. Codziennie budzę się z nadzieją, że cie nie zobaczę, ale cóż…takie pobożne marzenie. Myślisz, że zaimponujesz mi jak będziesz latał i pokazywał czego to ty nie potrafisz? Jesteś idiotą Potter. Jestem pewna, że jakbym się z tobą umówiła to już dawno, by cię tu nie było. Ludzie to nie zabawki Potter!  Nie są na twoje zawołanie i wtedy kiedy chcesz się nimi pobawić! Nigdy nie mogłabym być z kimś takim jak ty! NIGDY! Brzydzę się tobą.Nie chcę cie znać rozumiesz?
On tylko się przyglądał. – Żebyś tego nie żałowała Evans. – powiedział i poszedł przed siebie.
Smark próbował mnie jeszcze przepraszać,jednak ja nie dałam mu więcej szansy. Za dużo czasu straciłam na tego chłopaka.Za dużo nerwów, za dużo wszystkiego. 
---------------------------
- A Potter to? – zapytał, widocznie nie za bardzo rozumiejąc Luca.
- Gumochłon, który ugania się za mną od początku. Męczy słabszych, bo myśli, że mi tym zaimponuje. Idiota.
Luca spojrzał na mnie i pocałował mnie.
- Czas już spać belissima. Już późno.Wiedz, że jesteś dla mnie najlepsza na świecie i jesteś wystarczająco dobra. Nawet za dobra – powiedział i zgasił światło Luca.
- Myślę, że to nie była miłość, wiesz z nim. To było jak czerwone okulary. Z tobą jest inaczej. Widzę te twoje wady i je akceptuje w pełni. A ty nie wybierasz się gdzieś?
- Ja mam wady? Nie zostaje z tobą.  Nie chcę, żebyś budziła się kolejną noc z krzykiem. – powiedział i pocałował mnie w czoło. Owinął ramiona wokół mnie. 
- Masz. Jesteś nadopiekuńczy, wkurzający,ale między innymi za to cię kocham.
- A ty jesteś upartą, denerwującą dziewczyną, która mnie nie słucha.
- Mam uznać to za komplement?
- Kocham cię Lil - powiedział i pocałował mnie w usta.
Położyłam głowę na jego klatce piersiowej.Stosunkowo szybko mój oddech stał się płytszy – zasnęłam.
Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy tak dobrze spałam. Ostatnimi nocami nie spałam za dobrze. Cały czas budziłam się zalana potem. Czułam się bezpieczna w jego ramionach. Obudziłam się przed nim.Pocałowałam go w usta i powoli wstałam z łóżka, by go nie budzić. Przebrałam się i ruszyłam do biblioteki, która znajdowała się na drugim piętrze.Wchodziłam po schodach. Byłam już na drugim piętrze, szłam rozglądając się, aż wpadłam na kogoś. Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia. Odskoczyłam na ścianę.
- Luuuuca!! – darłam się jak wariatka.Tak, strach ma wielkie oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz