He loves me, and I...?
sobota, 23 czerwca 2012
UWAGA!
Jest to blog przeniesiony z Onetu, bo warunki tam panujące uniemożliwiają mi pisanie. Blog na razie pozostaje zawieszony, ale w wakacje postanawiam jego wznowienie! Pozdrawiam i ENJOY!
Rozdział XIII - Home sweet home.
Notka dedykowana Anonimce! Specjalnie jest tu dużo Jamesa!
-----------------------------
James
Potter nie da się taktraktować! – powtarzał sobie w myślach nastolatek.
Poczekał, aż jego byłynajlepszy przyjaciel wyjdzie z jego własnego
domu. Nie do pomyślenia, żebymusiał czekać, aż ktoś wyjdzie. Kryć się po
kątach, byle by go nie spotkać. Od dłuższegoczasu nie układało im się
zbyt dobrze, ale teraz wszystko całkowicie siępopsuło. Możliwe, że to
koniec przyjaźni Black&Potter. Kto wie, ale to jestchyba jedyna
możliwość. Wszystko zaczęło się jeszcze w Hogwardzie, gdy Blackzbliżył
się do Evans. To w jakiś sposób przybliżyło ten koniec. Jednak, co
byłogwoździem do trumny? To, że Black poleciał do Włoch. To wszystko
jego wina.Pojechał. Potter uważał, że skoro się przyjaźnią to on tego
nie zrobi. To onzakończył ich przyjaźń. W taki, czy inny sposób. W sumie
James uważał, bądźwmawiał sobie, że tak jest lepiej, bo nie ma niczego
na siłę. Już od jakiegośczasu nie mogli się dogadać. W sumie od czasu,
gdy spotkał Dor. Świetna dziewczyna.Ona stanęła między nimi. Miał coraz
mniej czasu dla przyjaciela. Jednak Pottersię nie sprzeciwiał. Czuł się z
tym lepiej. Chciał w jakiś sposób ukaraćprzyjaciela, nawet nie
wiedział, za co. Za to, że Lily z nim nie gadała? Żepowiedziała mu po
części prawdę, czego nie znosił, a wręcz panicznie się tegobał? Evans
miała rację, jest zadufanym w sobie dupkiem. Ale na niej muzależało.
Czas przeszły zależało. Wszystko się zmienia. Dziewczyny sięzmieniają. A
teraz James ma Dor i jest szczęśliwy. Wszystko jest cacy, alespotykanie
się z nią codziennie daje mu się we znaki. Niestety dziewczyna
zbytczęsto gada o babskich sprawach, o których James woli nie wiedzieć.
Tak jużjest. Życie toczy się dalej, a ludzie udają szczęście. Mówi się
trudno. Dzwonekdo drzwi przerwał rozmyślania chłopaka i oznajmiał
przybycie Dorcas. „Ubrałsię” w sztuczny uśmiech udając, że wszystko z
nim okej.
---------------
Siedziałam na kanapie i płakałam. Już nie spazmami, jednakłzy leciały. Może nie tyle rozpaczy, co szczęścia. Osoba w opiekuńczym geścieprzytulała mnie. Na tą chwilę, było to niesamowite zdarzenie jak dla mnie.Aless, moja Aless siedziała koło mnie i mnie przytulała. To nie był jakiś tamduch. Moja żywa kuzynka. Mało nie posiadałam się ze szczęścia. To było jakpiękny sen i bałam się, że niedługo wzejdzie słońce i nadejdzie szararzeczywistość.
Siedziałam na kanapie i płakałam. Już nie spazmami, jednakłzy leciały. Może nie tyle rozpaczy, co szczęścia. Osoba w opiekuńczym geścieprzytulała mnie. Na tą chwilę, było to niesamowite zdarzenie jak dla mnie.Aless, moja Aless siedziała koło mnie i mnie przytulała. To nie był jakiś tamduch. Moja żywa kuzynka. Mało nie posiadałam się ze szczęścia. To było jakpiękny sen i bałam się, że niedługo wzejdzie słońce i nadejdzie szararzeczywistość.
- Lily. Ja naprawdę żyje, więc proszę cię nie płacz już, boja też zaraz zacznę.
- Postaram się. Ale jak.. Jakim cudem?
- Dzięki tobie, Lil – powiedziała i uśmiechnęła się do mnieciepło.
- Mnie? Ale ja nic nie zrobiłam….
-
Ja Lily wiedziałam o tym wszystkim. Wiedziałam o tym, żezbliża się
śmierć. Ale nigdy nie sądziłam, że zabije mnie własna przyjaciółka.To
był cios poniżej pasa. Ja naprawdę chciałam ci o tym wszystkim
powiedzieć.Tylko ja, ja po prostu nie mogłam cię w to mieszać.
- Sama się w to wmieszałam… - powiedziałam.
- Wiem Lil. Widziałam to wszystko.
- Widziałaś?
- Tak… Wiedziałam o tym, jaki jest Igor. Tylko nigdy nie wpadłam,dlaczego ty go tak nienawidziłaś.
- Mam swoje powody. Po tym, co zrobił Joe’mu ,jego bliskim,mnie i tobie? Zamienił nasze życie wpiekło Aless! Ale mniejsza o to. Jak…Jakim cudem ty żyjesz?
-
Dzięki tobie głuptasie. Ja, właściwie Lily… Nigdy ciwcześniej o tym nie
mówiłam, ale ja mam moc. Bardzo potężną moc. Ale mojezdolności ustępują
twoim. Ja też jestem czarodziejką kochana.
- Ty? To, dlaczego nigdy nie miałaś różdżki? I jakim cudem wogóle to jest możliwe? Tylko ja w rodzinie mam moc.
-
Miałam ci powiedzieć, ale nie spodziewałam się, że dowieszsię o tym w
taki sposób. Czarownice z Salem. To nasze przodkinie Lil. W tamtejszkole
się uczyłam. Ja wcale nie muszę mieć różdżki, aczkolwiek oczywiście
mogęją mieć. Moja moc jest tu w sercu i naturze. Z niej czerpie całą
magię. Naszapra pra pra pra pra pra babka Emily zapoczątkowała naszą
linie czarownic.Niestety jej wróg rzucił klątwę, że tylko młodsza
siostra każdej potomkinibędzie posiadała moc.
-
Czyli… moja mama jest starsza niż twoja, ja jestem młodszaod Petuni…
Wszystko się trzyma kupy. Tylko nie tłumaczy to tego, jakim cudemżyjesz…
-
Lil po prostu rzuciłam jedno, średnio zaawansowanezaklęcie, które
przywróciłoby mnie do życia. Za jakiś czas. Ale to tylko dziękinastąpiło
to tak szybko!
- Ja? Ale mnie nawet przy tym nie było… - odpowiedziałamzdziwiona.
-
Wtedy, gdy przyszłaś do mojego mieszkania w noc mojejśmierci. Ja jakbym
dryfowała w powietrzu. Brałam udział we wszystkichwydarzeniach, ale nie
mogłam zmienić ich biegu. Byłam zrozpaczona, gdypatrzyłam na ciebie i
widziałam twoje cierpienie. W tamtą noc trzymałaś mnie zarękę. Moc, aż
od ciebie emanowała. To dzięki tobie wróciłam tak szybko.
- Musiało ci się coś pomylić... Ja nie mam żadnej mocy.Przesadzasz…
- Masz ukrytą tu – Aless położyła rękę na moim sercu. – Wpewnym momencie ujawni się i u ciebie.
- Aless, czy ty też…
-
Mam sny? Tak Lil ja też je mam, ma je również Luca. Długouczyłam się,
by panować nad nimi. Panować musisz rozumieć to w sensie, że
widzęprzyszłość, a nie przeszłość. Na pewno w domu znajdziesz, gdzieś
pamiętnikbabki Emily. Tam masz wszystko opisane. Musisz się stosować do
tych rad iporozmawiać ze swoimi nauczycielami. Ale to już później Lil.
Teraz nacieszmysię sobą, a potem się zobaczy.
Długo
siedziałam z Aless. Spędzałyśmy czas na śmianiu się irozmowie. Dobrze
było mieć znowu kuzynkę przy sobie. W pewnej chwili wypaliłam:
- Aless, jest tu ktoś, kto z chęcią chciałby cię zobaczyć.
- Chyba nie mówisz o – tu oczy Aless błyszczały zpodniecenia.
- Tak dokładnie. On naprawdę chciałby cię zobaczyć. Nawetnie wiesz, jak to wszystko przeżywał.
- Domyślam się.
Wzięłam
Aless za rękę i cicho wymknęłyśmy się z pokoju. Odziwo nie spotkałyśmy
nigdzie po drodze Luca. Dziwne. Miał przecież być tuprzez cały czas!
Dotarłam do pokoju Joe’go i cicho zapukałam.
- Proszę – powiedział zmęczonym głosem.
- Cześć Joe.
- Hej Lily. Co u ciebie? – Spojrzałam na niego. Byłzałamany, ale w duchu cieszyłam się, że niedługo znikną te jego zmarszczki.
-
Dobrze. Jest tu ktoś, kto chciałby się z tobą zobaczyć. – Wtym momencie
uchyliłam drzwi i wyłoniła się zza nich Aless. Joe automatyczniewstał i
patrzył się w jej kierunku z niedowierzaniem. Ona powoli i
cichutkowślizgnęła się do jego pokoju.
- To może zostawię was samych?
Moje pytanie jednak zostało bez odpowiedzi. Oby dwojepatrzeli na siebie z niedowierzaniem i głęboko ukrytą tęsknotą w sercu.
--------------------------
James
wyszedł razem z Dorcas na spacer do miasta. Dziewczynaznowu chciała
zrobić zakupy. Chłopak nic nie mówił, bo i tak nie miał kogoś, zkim
mógłby pogadać. Po tym, co odwalił najlepszemu przyjacielowi?
Powiedziałmu, że go tu nie chce i jeszcze gorzej, że jest taki sam jak
jego rodzinka.Wiedział, że tu czuły punkt Blacka i zręcznie go
wykorzystał. Spytacie pewnie,po co? Zazdrość ot, co. Najśmieszniejsze
jest to, o co był zazdrosny! O to, żeLily go nie zaprosiła. Ale wcale
też jej się specjalnie nie dziwi. Po tym jakuprzykrzał jej życie? Miała
racje mówiąc, że jest nadętym idiotą. Miała rację.
Dor
złapała James’a za rękę. Chłopak zdziwił się, ale nic ztym nie zrobił.
Brakowało mu jakiejś bliskości. Lepsze to niż nic – powtarzałsobie.
Uszczęśliwił tym dziewczynę i jakoś mu się tak lepiej na duchu
zrobiło.Oczywiście nie poprawiło to jego stanu, ale ważne było to, że
jest komuśpotrzebny.
Mignęła
mu przed oczami jakaś rudowłosa dziewczyna. Od razuprzed oczami stanęła
mu jego Lily. Jest najlepszą dziewczyną, jaką kiedykolwiekspotkał. Nie
może powiedzieć, że Lily była piękna, ale za brzydką też nieuchodziła.
Była po prostu ładna, zgrabna. Jednak jej sekret tkwił w oczach.
Temigdałowe, szmaragdowe oczy, które zawsze promieniały radością i
szczęściem. Tokochał w niej najbardziej. Jej uśmiech. Nie było żadnego
uśmiechu, który mógłbysię równać z jej. Pamięta dokładnie jak jej włosy
układały się zaraz po umyciu.Każdy sterczał w inną stronę. Jej oczy,
które zawsze błyszczały, gdy udało jejsię powiedzieć coś, czego nikt
inny nie wiedział. Jego uczucie do niej niezmalało przez ten czas.
Wzrosło, gdy jej nie widział. Gdy ją zobaczy będziechciał od razu wziąć
ją w ramiona, ale niestety nie może, bo Ruda jasnowyraziła się na jego
temat i temat ich znajomości. W jego uszach dalej brzmiąsłowa, że
dziewczyna nie chce go znać. A to wszystko przez niego. To onzawalił.
Przy niej wariuje. Chce, żeby go zauważyła nie ważne, w jaki sposób.
Kochają i kochać nie przestanie. Tylko pyta sam siebie, czy jest w
stanie pokochaćDor miłością prawdziwą?
-------------------------
- Aless? – Zapytał Joe.
-
Joe – odpowiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się do niego.Chłopak wziął
ją w ramiona i nie czekając na jej pozwolenie zatopił swoje ustaw jej.
Aless
przypomniała sobie, jak kochała te usta. Ich smak. Jak za każdym razem
roztapiała się w nich. Tym razem też tak było, na co wskazywałymotyle w
brzuchu. Jednak odsunęła się od chłopaka. Nie wie, czemu to zrobiła.To
był taki impuls. Posłuchała rozumu, który mówił jej, że to nierealne, by
moglibyć jeszcze razem. Dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi.
Joe zdziwionyzdawał się oczami pytać ją, o co chodzi.
- Cieszę się, że cie widzę Joe.
- Nawet nie wiesz, jak…
-
Wiem – przerwała cicho Aless i stanęła tyłem do niego, aprzodem do
okna. – Ale nie możemy być razem Joe. Przepraszam – odwróciła się
doniego. Miała łzy w oczach.
- Ale Aless…
- Nie przekonuj mnie Joe. Podjęłam decyzję. Serce mówi mi,że coś do ciebie czuje.
- Więc w czym leży problem?
-
Problemem jestem ja. Nie możemy być razem. Ty nie możeszbyć bezpieczny
ze mną. Możesz zginąć przeze mnie, a tego na pewno bym niechciała.
- Co ty w ogóle mówisz dziewczyno? Moje
serce umarło razem z tobą! Nie rozumiesztego, że mnie to nie obchodzi?
Dla mnie liczysz się tylko ty i twoje bezpieczeństwo!
-
I dlatego powinieneś to uszanować. Już raz mnie zostawiłeśi nie chce
przechodzić przez to jeszcze raz. Wątpię, żebym zmieniła zdanie naten
temat.
- Ja, co? Kocham cię, Aless – powiedział Joe.
-
Ja… ja ciebie też Joe – odpowiedziała i uciekła z pokoju.Zaszyła się w
kącie swojego pokoju i płakała z miłości. Bała się jej. Nie mogłapodjąć
ryzyka.
----------------------
Minęła
już połowa sierpnia. Na początku sierpnia wyprawiliAless „pogrzeb”.
Oczywiście dziewczyna siedziała bezpieczna w domu. Widziałamna pogrzebie
Igora, który chowając się uśmiechał się do siebie. To byłookropne.
Udawałam płacz, choć w duchu cieszyłam się, że moja kuzynka jest całai
zdrowa. Jednak nie pocieszała mnie myśl, że Joe i Aless nie są razem. Dziwne, bo między nimi iskrzyło. Widać byłogołym okiem, że się kochają.
Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć. Wracam do domu. Jutro. Ten dzień nieubłaganie się zbliża, ale ja wcalenie chcę wyjeżdżać. Kocham to miejsce i tych ludzi. Chce mi się ryczeć jak otym myślę, dlatego cieszę się ostatnimi chwilami spędzonymi z nimi. Walizkę mamjuż spakowaną. Przypomina mi ona o tym wszystkim, przez co tutaj przeszłam.Luca jest czymś najlepszym, co mnie tutaj spotkało. Będę za nim cholernietęsknić. Nie chce o tym dzisiaj myśleć.
Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć. Wracam do domu. Jutro. Ten dzień nieubłaganie się zbliża, ale ja wcalenie chcę wyjeżdżać. Kocham to miejsce i tych ludzi. Chce mi się ryczeć jak otym myślę, dlatego cieszę się ostatnimi chwilami spędzonymi z nimi. Walizkę mamjuż spakowaną. Przypomina mi ona o tym wszystkim, przez co tutaj przeszłam.Luca jest czymś najlepszym, co mnie tutaj spotkało. Będę za nim cholernietęsknić. Nie chce o tym dzisiaj myśleć.
Nadszedł ten nieupragniony dzień, w którym należałopowiedzieć do widzenia. Widzimy się za rok.
-
Będę za wami wszystkimi tęsknić! – Mówiłam cały czas, amoje oczy
napełniły się łzami. Wolałam zostać, ale przyjaciele w Anglii czekali.Na
lotnisko miał odwieźć mnie Luca i Joe. Jak ja nienawidziłam się żegnać.
Nieumiem ot tak powiedzieć cześć. Wieczoremdługo rozmawiałam z Aless i obiecała mi, że zostanie w tym domu, dopóki niebędzie w 100% bezpieczna.
- Lily ja mam do ciebie ogromną prośbę – zaczął Joe.
- Słucham.
-
Dobrze wiesz, że nie jest tu zbyt bezpiecznie. I dlategopostanowiłem
rzucić na ten dom zaklęcie Fideliusa. I moja propozycja jest taka,byś
została strażnikiem.
- Ja nie wiem, co powiedzieć. Myślisz, że jestem godnazaufania?
- Nikt tego z ciebie nie wyciągnie, chyba, że sama będzieszchciała nas wydać.
- Nigdy.
- Zgadzasz się?
- Jasne, dla was wszystko kochani! Za to, co dla mniezrobiliście nigdy wam się nie wypłacę.
Z
różdżki Joe’go błysnęło różowe światło. Kosztowało go towiele wysiłku,
ale dał radę. Oczywiście nie było Aless w pokoju. Ona nie wiedziała,że
Joe jest czarodziejem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Pożegnania
nadszedłczas. Chyba ze sto razy uściskałam kuzynkę i Luci. Nie mogłam
się z nimi pożegnać,ale w końcu udało się Joe’mu wyciągnąć mnie do
samochodu. Pomknęliśmy przezzatłoczone ulice tętniącego życiem Rzymu.
Na
lotnisku chłopacy odprowadzili mnie. Każdego z nichuściskałam i
pocałowałam (Joe’go w policzek oczywiście). Obróciłam się,
wzięłamwalizkę i poszłam w kierunku bramek. Pojedyncza łza zagościła na
moim policzku.Szłam prosto przed siebie nie zważając na nic. Trochę
czasu minęło zanimwsiadłam do samolotu. Ale w końcu mi się udało. Miałam
miejsce przy oknie imogłam oglądać, co się działo na lotnisku. Wtem
ktoś zapytał:
- Wolne?
- Tak – odpowiedziałam automatycznie i spojrzałam w stronę..Luca! – Co ty tu robisz wariacie?
-
Myślałaś, że pozwolę ci lecieć samej? –Odpowiedział ipocałował mnie w
usta. Cieszyłam się, że mam takiego wariata. Bo tylko oni sącoś warci!
Samolot wystartował.
-----------------------
Joe
zapukał lekko do pokoju dziewczyny. Odpowiedział mucichy pomruk, co
uznał za pozwolenie. Wszedł do pokoju. Dziewczyna siedziała nałóżku
czytając książkę.
- Chciałbym z tobą porozmawiać Aless.
- Jasne, słucham.
- To nie jest łatwe dla mnie – powiedział i obrócił się wstronę okna stając tyłem do Aless.
- No nie wątpię.
- Wyjeżdżam.
- Co? Gdzie?
- Chciałbym, żebyś pojechała ze mną.
- Nie mam mowy Joe. Mam tu wiele spraw, przyjaciół.
- Wiedziałem, ale wolałem się upewnić. – Powiedział trochęrozczarowany. - Dzisiaj
wieczorem wyjeżdżam Aless. Trzymaj się. Mam nadzieję, że sobie poradzisz
jak mnie niebędzie. – Powiedział Joe, podszedł do dziewczyny i złożył
na jej ustach siarczystypocałunek, po czym wyszedł z jej pokoju.
-----------------------------
James
Potter nie mógł zapomnieć o rudej dziewczynie, którazawróciła mu w
głowie. Niestety musiał, bo miał już kolejną, tym razemszatynkę, która
nie lubiła czekać. A tak się zdarzyło, że James był spóźniony.I to
poważnie. Na łeb, na szyje biegł do parku na spotkanie. Wbiegając
zauważyłjak Dor przechadza się dróżką. Na szczęście nie była, aż tak
zdenerwowana. Podszedłdo niej od tyłu i zakrył jej oczy.
- James…
- To nie sprawiedliwe! Oszukiwałaś! – Powiedział chłopak z wyrzutem.
- Nie prawda!
W
odpowiedzi chłopak złożył na jej ustach pocałunek. Gdypodnosił głowę
mignęły mu przed oczami rude włosy należące do pewnej
zdziwionejdziewczyny, która wpatrywała się w niego szmaragdowymi oczami.
-------------------------------------
Podróż
minęła nam wspaniale na śmiechach i przytulaniu. WAnglii Luca musiał
spędzić kilka godzin, więc postanowiłam mu pokazać te pięknemiasto. Ale
wpierw przedstawiłam go moim rodzicom, jako mojego chłopaka. Home sweet home! Cieszyła się, że jest jużw domu, bo zdążyła stęsknić się za przyjaciółmi i Hogwartem. Petunia
mało, co nie wyszła z siebie zzazdrości. Jej Veron umywał się przy
Luce. Rodzice byli pod wrażeniem jegomanier i sposoby byciu, że od razu
go zaakceptowali. Po śniadaniu i rozmowach udałomi się wyrwać go z domu,
z dala od pytań rodziców. Najpierw pokrótceoprowadziłam go po mieście,
aż dotarliśmy do parku. Zachowywaliśmy się jak małedzieci, które są
szczęśliwe, że mają siebie. Najpierw huśtaliśmy się nahuśtawkach. Potem
poszliśmy alejką, aż do fontanny. Staliśmy tam chwilę.Zauważyłam, że
Luca się zagapił, więc zgrabnym ruchem popchnęłam go tak, żewpadł do
fontanny. Na szczęście nie zdążył mnie złapać! Zaczęłam uciekać
przednim. Miałam nadzieję, że moje nogi nie miały zamiaru odmówić mi
posłuszeństwa.Krążyłam alejkami, biegłam ile tchu wiedząc, że gdzieś za
mną jest Luca. Wtemzobaczyłam znajomą czuprynę rozmawiającą z jakąś
dziewczyną. Po chwili już sięcałowali. W brzuchu poczułam jakieś takie
uczucie. Obce ciepło rozlało mi siępo organizmie. Zazdrość. Tak
to chybabyło to. Podnosząc głowę od pocałunku spostrzegł mnie.
Wpatrywaliśmy się wsiebie z dobrych kilka minut. Widocznie był w szoku.
Zmężniał. Wyglądałdoroślej. Czy ja się pozytywnie wyrażam o Jamesie
Potterze? Chyba słońce mi namózg padło!
--------------------------------
James
zobaczył ją. Wyglądała pięknie. Jej smukłe, długieopalone nogi były
piękne, tak, że nie można było odciągnąć od nich wzroku.Opalona twarz
była piękniejsza, niż zapamiętał. Był w szoku jak ją zobaczył.Wiedział,
że Dorcas mówiła coś do niego jednak nie zwracał na to uwagi. Ważnabyła
teraz ona. Uczucia, które tak długo tłumił w sobie odżyły ze
zdwojonąsiłą.
--------------------------
Stałam
tak wpatrując się w niego, aż poczułam, że straciłamgrunt pod nogami i
znajduje się w powietrzu. Zaczęłam piszczeć i śmiać się. ToLuca niósł
mnie z powrotem do fontanny.
- Puść mnie! Proszę kochanie – spojrzałam na niegobłagalnie.
- Nie, nie dam się nabrać.
- Ale ja tak ładnie proszę.
- Nie, trzeba było myśleć przed tym, gdy wylądowałem wfontannie – odpowiedział zaczepnie Luca.
- Kochanie…
- Co będę z tego miał?
- Buziaka.
- Pięć.
- Dwa.
- Cztery.
- Nie dam ci czterech buziaków!
- To witaj fontanno! Dobra trzy moje ostatnie słowo!
- Dobrze, tylko mnie postaw!
Wyczułam
grunt pod nogami i od razu poczułam siębezpieczniej, chciałam rzucić
się z powrotem do ucieczki i udało mi się, alenie zdążyłam przebiec
kawałka, gdy znowu znalazłam się w ramionach Luca.
- Skubana, wiedziałem, żeby ci nie wierzyć.
Spojrzałam
w jego twarz. Włosy opadły mu na czoło.Poprawiłam jej i przejechałam
dłońmi po nich. Było to przyjemne uczucie, któreprzyprawiało mnie o
motyle w brzuchu. Spojrzałam w jego oczy i rozpłynęłam się.Wziął mój
podbródek w dłonie i pocałował czule. Czułam się dosłownie trzy metrynad
niebem!
--------------------------
James
patrzył na to wszystko z pewnej odległości. Nie mógł wto uwierzyć. A to
dupek! Najpierw kradnie mi przyjaciela, a teraz dziewczynę?Nie może tak
być! Jednak po chwili uświadomił sobie, że to on do tegodoprowadził i
Dorcas, która faktycznie stanęła pomiędzy nim a przyjaciółmi. Alenie
podda się bez walki!!!!
-------------------
Dziękuje
osobom, które czytają moje wypociny! Mam nadzieję, że ta notka też jest
dobra i na poziomie, choć mi wydaje się gorsza niż poprzednia!
Pozdrawiam! :))
Rozdział XIII i 1/3 - Miało zaboleć.
Wpoprzedniej notce…
(…) Przebrałam się i ruszyłam do biblioteki, która znajdowała się na drugimpiętrze. Wchodziłam po schodach. Byłam już na drugim piętrze, szłam rozglądającsię, aż wpadłam na kogoś. Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia. Odskoczyłamna ścianę.
- Luuuuca!! – darłam się jak wariatka. Tak, strach ma wielkie oczy.
(…) Przebrałam się i ruszyłam do biblioteki, która znajdowała się na drugimpiętrze. Wchodziłam po schodach. Byłam już na drugim piętrze, szłam rozglądającsię, aż wpadłam na kogoś. Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia. Odskoczyłamna ścianę.
- Luuuuca!! – darłam się jak wariatka. Tak, strach ma wielkie oczy.
-------------------------
Uderzyłam się z całej siły o ścianę. Jednak nie czułam bólu. Nie zwracałam uwagina to, że coś lepkiego wydostaje się z moich pleców. Moje nogi były jak z waty.Trzęsły się jakbym miała zaraz upaść, jednak to nie nadchodziło. Stałam tam itrzęsłam się, bo co innego mogłam robić. Cofałabym
się, gdybym miała dokąd. Stałam i oddychałam, a postać zbliżała się cały czasdo mnie. Nie pomagały moje wrzaski, nikt nie reagował, choć byłam pewna, żeobudziłam z połowę osiedla. Czekałam, jednak pomoc nie nadchodziła. Czułamoddech zbliżającej się osoby na całym ciele.
- Odejdź! – wyjąkałam. – Luuuuuca!!!!!!!
- Lily…
W myślach rozmyślałam drogę ucieczki. Mój mózg pracował na najwyższychobrotach, a organizm wydzielał epinefrynę*. Rzuciłam się na oślep doucieczki, jednak postać powstrzymała mnie za rękę, zatrzymując mnie tam,przyciskając mi swoja rękę do moich ust, żebym przestała krzyczeć.
Ni stąd ni zowąd pojawił się Luca. Dziękowałam Bogu za wysłuchanie moichmodlitw. Miał tak samo przerażony wyraz twarzy co ja. Szybko jednak pociągnąłmnie i zakrył swoim ciałem.
- To nie… Niemożliwe… Co ty tutaj robisz?
- Chcę tylko jej.
- Nigdy! To niemożliwe. Jak się... tutaj?
- Dlaczego tutaj jestem? To logiczne. Chcę z nią porozmawiać.
- Nie zgadzam się na to – odpowiedział wojowniczo Luca i objął mnie w geścieochrony. – Daj nam święty spokój. Jak to możliwe?
- Chce jej coś wyjaśnić.
- Nie będzie ku temu okazji. Chodź Lily.
Stałam tam niezauważalna dla nikogo. Nasuwało mi się wiele pytań. Jak to możliwe? Czego to ode mnie chce? Lucapociągnął mnie za rękę.
- Nie, czekaj Luca. Muszę się tego dowiedzieć. – Podniosłam wzrok, napotkałamwzrok postaci. Niebieskie oczy przeszywały mnie na wskroś.
- Nie pozwolę ci na to Lil – szepnął mi do ucha Luca.
- Będziesz za drzwiami. Jak krzyknę to po prostu wejdziesz.
- Nie belissima, to zbytniebezpieczne. Przecież wiesz, że…
- Tak Luca, ale muszę się tego dowiedzieć, dobrze o tym wiesz, że nieodpuszczę. Proszę…
- Lil… Nie mogę ci na to pozwolić. To głupstwo!
- Proszę – powiedziałam dobitnie.
- Non.
- Dobrze wiesz, że i tak to zrobię.
- Jesteś uparta…
- Tylko wtedy, gdy chce coś osiągnąć. To jak ?
- Znasz moje zdanie na ten temat.
- Dziękuję – powiedziałam zmieszana i pocałowałam go dyskretnie w policzek.Miałam mieszane uczucia. Nad wszystkimi przeważał strach, przerażenie. Cośparaliżowało mnie od środka i nie pozwalało mi się ruszyć. Jednak powolnieudało mi się zrobić krok, mimo że moje nogi nie
wykazywały najmniejszej chęci współpracy. Weszłam niechętnie do pokoju, mimotego, że widziałam jak Luca się na mnie patrzył. Moje oczy zawierały niemąprośbę, by został jak najbliżej mnie. Jednak słowo się rzekło. Zajęłam miejscew rogu pokoju, jednak postać zamierzała zachować dystans między nami. I nie,wcale nie mam zamiaru zostać starą panną. Ponoć strach można wyczuć na kilometr. To już po mnie! Usiadłam narękach. Gdyby nie to moje dłonie na pewno, by się trzęsły. W pokoju panowała głucha cisza. Tepomieszczenie było dziwne. Zdawało się, że mogę wyczuć jego aurę, któraniekoniecznie była dobra. Pomieszczenie sprawiało wrażenie ponurego iobskurnego. Dominowały ciemne beże i brązy. Nie było tu żadnych mebli, opróczłóżka i szafy. Nad łóżkiem wisiał obraz o podobnych barwach. Minęło 5, 10, 15minut. Cisza. Nie wiedziałam, co robić, więc wstałam i szykowałam się dowyjścia.
Uderzyłam się z całej siły o ścianę. Jednak nie czułam bólu. Nie zwracałam uwagina to, że coś lepkiego wydostaje się z moich pleców. Moje nogi były jak z waty.Trzęsły się jakbym miała zaraz upaść, jednak to nie nadchodziło. Stałam tam itrzęsłam się, bo co innego mogłam robić. Cofałabym
się, gdybym miała dokąd. Stałam i oddychałam, a postać zbliżała się cały czasdo mnie. Nie pomagały moje wrzaski, nikt nie reagował, choć byłam pewna, żeobudziłam z połowę osiedla. Czekałam, jednak pomoc nie nadchodziła. Czułamoddech zbliżającej się osoby na całym ciele.
- Odejdź! – wyjąkałam. – Luuuuuca!!!!!!!
- Lily…
W myślach rozmyślałam drogę ucieczki. Mój mózg pracował na najwyższychobrotach, a organizm wydzielał epinefrynę*. Rzuciłam się na oślep doucieczki, jednak postać powstrzymała mnie za rękę, zatrzymując mnie tam,przyciskając mi swoja rękę do moich ust, żebym przestała krzyczeć.
Ni stąd ni zowąd pojawił się Luca. Dziękowałam Bogu za wysłuchanie moichmodlitw. Miał tak samo przerażony wyraz twarzy co ja. Szybko jednak pociągnąłmnie i zakrył swoim ciałem.
- To nie… Niemożliwe… Co ty tutaj robisz?
- Chcę tylko jej.
- Nigdy! To niemożliwe. Jak się... tutaj?
- Dlaczego tutaj jestem? To logiczne. Chcę z nią porozmawiać.
- Nie zgadzam się na to – odpowiedział wojowniczo Luca i objął mnie w geścieochrony. – Daj nam święty spokój. Jak to możliwe?
- Chce jej coś wyjaśnić.
- Nie będzie ku temu okazji. Chodź Lily.
Stałam tam niezauważalna dla nikogo. Nasuwało mi się wiele pytań. Jak to możliwe? Czego to ode mnie chce? Lucapociągnął mnie za rękę.
- Nie, czekaj Luca. Muszę się tego dowiedzieć. – Podniosłam wzrok, napotkałamwzrok postaci. Niebieskie oczy przeszywały mnie na wskroś.
- Nie pozwolę ci na to Lil – szepnął mi do ucha Luca.
- Będziesz za drzwiami. Jak krzyknę to po prostu wejdziesz.
- Nie belissima, to zbytniebezpieczne. Przecież wiesz, że…
- Tak Luca, ale muszę się tego dowiedzieć, dobrze o tym wiesz, że nieodpuszczę. Proszę…
- Lil… Nie mogę ci na to pozwolić. To głupstwo!
- Proszę – powiedziałam dobitnie.
- Non.
- Dobrze wiesz, że i tak to zrobię.
- Jesteś uparta…
- Tylko wtedy, gdy chce coś osiągnąć. To jak ?
- Znasz moje zdanie na ten temat.
- Dziękuję – powiedziałam zmieszana i pocałowałam go dyskretnie w policzek.Miałam mieszane uczucia. Nad wszystkimi przeważał strach, przerażenie. Cośparaliżowało mnie od środka i nie pozwalało mi się ruszyć. Jednak powolnieudało mi się zrobić krok, mimo że moje nogi nie
wykazywały najmniejszej chęci współpracy. Weszłam niechętnie do pokoju, mimotego, że widziałam jak Luca się na mnie patrzył. Moje oczy zawierały niemąprośbę, by został jak najbliżej mnie. Jednak słowo się rzekło. Zajęłam miejscew rogu pokoju, jednak postać zamierzała zachować dystans między nami. I nie,wcale nie mam zamiaru zostać starą panną. Ponoć strach można wyczuć na kilometr. To już po mnie! Usiadłam narękach. Gdyby nie to moje dłonie na pewno, by się trzęsły. W pokoju panowała głucha cisza. Tepomieszczenie było dziwne. Zdawało się, że mogę wyczuć jego aurę, któraniekoniecznie była dobra. Pomieszczenie sprawiało wrażenie ponurego iobskurnego. Dominowały ciemne beże i brązy. Nie było tu żadnych mebli, opróczłóżka i szafy. Nad łóżkiem wisiał obraz o podobnych barwach. Minęło 5, 10, 15minut. Cisza. Nie wiedziałam, co robić, więc wstałam i szykowałam się dowyjścia.
- Nie –zabrzmiał głos dochodzący ze środka pokoju.
- Ale janaprawdę wolałabym stąd wyjść. Nie mam ci nic do powiedzenia.
- Proszę nierób tego.
W
tymmomencie zaczęłam przesuwać się w kierunku drzwi. Starałam się być
twarda,opanowana i nieustępliwa. Jednak w środku aż buzowałam.
Analizowałamtrzykrotnie każde słowo i gest. Postać zastąpiła mi drogę.
Spojrzałam w teoczy, te szczere oczy i poczułam jak moje wypełniają się
łzami. Wszystkie teniewypłakane do tej pory łzy, zbierały się w moich
oczach. Jedna, malutka łzazabłądziła po moim policzku pozostawiając po
sobie tylko mokry ślad. Poczułamjak obejmują mnie ciepłe, bezpiecznie
ramiona. Położyłam głowę w zagłębieniuszyi i próbowałam opanować płacz,
wsłuchując się w rytm bijącego serca.
- Ja….
- ćśśśś.Mamy jeszcze dużo czasu Lily.
-----------------------
Syriuszsiedział
w pokoju na poddaszu zerkając, co jakiś czas za okno.
Kolejnanieprzespana noc. Zamiast być w krainie Morfeusza on przewracał
się z boku nabok. Najgorsze jest to, że nie mógł przestać myśleć. Jak
się okazuje, nie możebiedny wyrzucić z głowy emocji, bólu, odrzucenia,
rozpaczy. To, dlatego siedziteraz, kiedy jest dobrze przed 5 godziną.
Gdy niebo przybiera jeszcze odcieńszarości, by za chwilę wzejść, dając
nową nadzieje. Mimo wszystko na to napewno się nie zanosiło. Chłopak
włożył dresy, bluzę dresową i najciszej jakpotrafił wyszedł z domu.
Najciszej to oczywiście oznacza, że pozrzucał paręrzeczy wokoło siebie,
cały czas nasłuchując, czy nikt się przypadkiem nieobudził. Zawsze, gdy
nie mógł spać wychodził pobiegać. To sprawiało, że chociażna chwilę czuł
się wolny i bezproblemowy. Powietrze o tej porze zupełnieinaczej
pachniało. Założył słuchawki z ipodem. Lily wysłała każdemu z
nichprezent, właśnie ipoda. Cieszył się, że Ruda tam odżyła, jednak
brakowało mukontaktu z nią. Ostatnio prawie wcale się nie odzywała, nie
odpisywała nalisty, do tego stopnia, że zaczął się o nią martwić.
Dlatego napisał do Luca.Chłopak odpisał, że to nie rozmowa przez list,
więc teleportuje tu się wpiątek. Tyle, że Syriusz nie zapytał się
James’a Seniora o pozwolenie. Ale maczas, przecież jest piątek 13ego.
Miał nadzieję, że się zgodzą. Przynajmniej byz kimś pogadał. Ale teraz
pozostają jedynie rozmowy z Emily Potter. Zapytacie,co się stało z
James’em? Można powiedzieć, że chwilowo jest niezainteresowany.
Syriuszbiegł,
tak jakby chciał zrzucić swoje problemy. Biegł w kierunku lasu w
DolinieGodryka, który znajdował się nieopodal domu Potterów. Dzisiaj
miał zamiarprzebiec zdecydowanie więcej kilometrów niż wczoraj. Cały
stres powoli z niegospływał wydawał się jak nowonarodzony. Czuł się
lekki, jakby był częściąnatury. Zmęczony po przebiegnięciu 20 km powoli
wrócił do domu. Nie cieszyło goto jednak. Czasami żałował, że się tu
przeprowadził. Mógł mieszkać spokojnie wdomu i mieć wszystko gdzieś.
Wylegiwać się do 12 i praktycznie nie wychodzić zpokoju. To byłoby
lepsze niż to wszystko. Musi porozmawiać z Emily. Może będziemógł to
wszystko jakoś okręcić. Oby.
W
domuokazało się, że wszyscy jeszcze spali, więc postanowił pójść się
wykąpać, przedrannymi kolejkami. To była jedna z tych czynności, które
uwielbiał. Pozwalałomu to zmyć brudy dnia, odprężyć się i wprawić w
błogi nastrój. Następnieposzedł do pokoju na poddaszu i przebrał się.
Włożył biały t-shirt i niebieskąkoszulę w kratkę, a do tego dżinsy.
Trochę żelu na włosy i kapka perfum i jużjest idealnie. Z góry udało mu
się usłyszeć krzątaninę Emily, więc postanowiłzejść na dół. Wchodząc do
kuchni ujrzał uśmiechniętą trzydziestolatkę.Uśmiechała się do siebie
jakby była zadowolona, że musi wstać przed 7, żebyzrobić mężowi
śniadanie. Podziwiał to. Tą bezgraniczną miłość, którą siebiedarzyli na
każdym kroku. Chciał obiecać sobie, że on też będzie taki,
jednakdoskonale wiedział, że nie jest zdolny do miłości. Nie potrafi
kochać. Potrafisię tylko zabawić i czerpać przyjemność, ale nic dawać w
zamian. U niego tobyło normalne, ale on wiedział, że to złe. Tego
nauczyła go ta rodzinka. Niebyło w niej miejsca na miłość, były tylko
intrygi i wszystko na pokaz.Nienawidził tego, jednak tak został nauczony
w młodym wieku.
- Dzieńdobry Emily – powiedział szarmancko całując kobietę w policzek.
-
Ach to tySyriusz – kobieta pokazowo złapała się za serce – Co ty tutaj
robisz?- tu Emilyspogląda na zegarek i mówi z niedowierzaniem – przed 7
rano? Wszystko wporządku? Czy James zrobił ci jakiś kawał czy coś?
- Nie, nie.Wszystko ok. Nie spałem w nocy, już od kilku dni właściwie. Biegałem.
- Na pewnowszystko dobrze? Nie wyglądasznajlepiej.
- NaprawdęEmily. Wszystko ze mną jest w jak najlepszym porządku.
- Witajrodzinko! – Powiedział James Senior wchodząc do kuchni.
- SiemkaJames – powiedział Syriusz i przybił piątkę Seniorowi.
- Nie zawcześnie, abyś tutaj siedział?
- Wszystkook. – odpowiedział Syriusz zmęczonym tonem.
- Spokostary tylko pytałem.
-
Chciałem oczymś z wami porozmawiać – zaczął uroczyście Syriusz. – Głupi
wyszło, bowłaściwie zapomniałem o tej sprawie, ale dzisiaj teleportuje
się tutaj mójkumpel Luca. Poznałem go w Rzymie na urodzinach Rudej. I
chciałem się zapytać,czy nie macie nic przeciwko temu?
- Nie mamnic przeciwko. A do tego mam tu trzy bilety na mecz Anglia – Irlandia.
- O nie. Niemam zamiaru iść tam z James’em i Dorcas.
- Coś się…?
- Nic –przerwał nerwowo Syriusz.
- Chciałemdać ci te dwa bilety stary, bo on w sumie nie chce iść. I teraz tak myślałem,że mógłbyś zabrać tam swojego kolegę.
- To jestświetny pomysł. Dzięki.
Emily podałaśniadanie. Wyśmienita jajecznica i kanapki.
- Dziękuje –powiedział Syriusz i uśmiechnął się do Emily.
James seniorwyszedł do pracy, a chłopak został z Emily w kuchni.
Syriusz całyranek pomagał w pracach domowych. Koło godziny 10 Emily poprosiła go, abyposzedł obudzić James’a.
Syriuszwszedł
do pokoju James’a i zobaczył rozciągniętego na łóżku kumpla. Podszedł
dookna i odsłonił zasłony. James poruszył się niespokojnie na łóżku.
- No jużwstawaj stary, śniadanie czeka.
- aaa…
- Dawaj –powiedział Syriusz i zrzucił James’a z łóżka. Chłopak momentalnie wstał.
- Powaliłocie?
- Budziłemcię kilka razy, ale nie reagowałeś.
- No tak, tojest właśnie powód do tego, aby zrzucać człowieka z łóżka? Naprawdę jesteśstuknięty Black!
- Mniejsza.Co dzisiaj robisz? Może byśmy gdzieś poszli?
Jameszmieszał się. – Wiesz…
- Jasne,kapuje… Dorcas i wszystko jasne.
- Stary, oco ci biega?
- Mi? Chybatobie. Pamiętasz, kiedy ostatnio byliśmy gdzieś razem?
- Nie gadaj,że jesteś zazdrosny Black.
- A coPotter? Nigdy nie masz czasu dla mnie. Nie pomyślałeś może, że ja też tutajjestem?
- Dziwiszsię?
- aaa to oto ci chodzi Potter. O to, że mnie zaprosiła, a ciebie nie.
- Myślałem,że skoro jesteśmy przyjaciółmi to nie pojedziesz tam.
- Niebędziesz mi mówił, co mam robić, a co nie. Ona miała racje. Jesteś idiotąPotter!
- Wypieprzajstąd Black.
- Z miłąchęcią Potter. Nie wiem, po co tu jeszcze mieszkam.
- Ja cię tuwcale nie zapraszałem. Sam tu przylazłeś.
- Słucham?Czy ty właśnie… Mam nadzieję, że udławicie się swoimi językami Potter.
- DokładnieBlack. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno. Żałuje, że cię poznałem. Jesteś taki sam jak ta twoja rodzinka Black!
- Cieszęsię, że Lily znalazła kogoś lepszego od ciebie. Nie sądziłem, że tak niskoupadłeś.
Syriuszwyszedł z pokoju trzaskając drzwiami, które mało nie wypadły z framugi. Natknąłsię na Emily.
- Wszystkodobrze? – Zapytała ze smutnym wyrazem twarzy.
- Jasne,jest świetnie.
Syriuszwyszedł
biegać, chciał zrzucić z siebie te wszystkie emocje. Zabolało go
to.Jego przyjaciel… Nie spodziewał się, że może usłyszeć takie coś od
swojegonajlepszego przyjaciela. Nie było go cały dzień, wrócił dopiero
wtedy, gdy miałpewność, że nie natknie się na Pottera. Wrócił i ujrzał
zmartwioną Emily wsalonie.
- Wszystko wporządku? – Zapytał.
- Jasne, wsumie to nie. Nie myśl sobie, że my tak naprawdę myślimy. On był zdenerwowanySyriusz, musisz go zrozumieć.
-
Jazrozumiałem, co chciał mi powiedzieć Emily. Przepraszam, że zawracam
wam głowęw te wakacje. Obiecuję, że za rok mnie tu nie będzie. Naprawdę
przepraszam, żew ogóle wyszedłem z takim czymś.
- Syriusz,proszę nie….
-
NaprawdęEmily. Tak będzie lepiej dla wszystkich. Nie będzie kłótni, ani
nieprzyjemnychsytuacji. Naprawdę. – Starał się być przekonujący. Usiadł
obok niej i przytuliłją. – Obiecuje. Ale teraz muszę lecieć, bo
niedługo wiesz.
Wrócił,
umyłsię i przebrał. Akurat w tamtym momencie teleportował się Luca.
Syriusz od razusię uśmiechnął. Strasznie polubił tego chłopaka we
Włoszech. Był takipozytywny, że udzielało się to na innych.
- Cześćstary – powiedział Luca i przywitał się z Syriuszem.
- Jak sięmasz? Wszystko ok.? Co z Lily?
- Spokojnie,zdążę ci wszystko opowiedzieć. U mnie ok. Lily, z nią gorzej.
- Coś jejsię stało?
- Nie, tylkojej kuzynka. Jak by to powiedzieć. Zmarła.
Luca opowiedziałchłopakowi pobieżnie całą historię.
- Nie chcęci przerywać, ale musimy się zbierać, bo mam dwa bilety na mecz Anglia –Irlandia.
- Super.Zawszę chciałem pójść na takie coś.
- Alewcześniej muszę ci kogoś przedstawić.
Zeszli
naparter i Syriusz przedstawił Luca Emily. Widać było, że chłopak
przypadł jej dogustu. Niedługo potem chłopacy wyszli. Mecz był
fantastyczny i oboje wróciliprzeszczęśliwi śpiewając piosenki o Anglii.
Już od progu domu zaraziliwszystkich euforycznym nastrojem. Od progu
Syriusz nie omieszkał poinformowaćJames’a Seniora, że Anglia wygrała 200
– 50. Rozmawiając o taktyce i o meczu wsalonie, chłopak usłyszał jak
drzwi wejściowe się otwierają. Wiedział, ktoprzyszedł. Potter. Zerknął
dyskretnie w stronę przedpokoju i zobaczył Potteraze skołowaną miną.
- Synkupoznaj przyjaciela Syriusza, Luca.
Syriuszzobaczył, jak na twarz przyjaciela wchodzi gniew. I dobrze.
-
Bardzomiło, było państwa poznać, ale naprawdę muszę już wracać. Czeka
na mnie Lily,która chętnie usłyszy, co słychać u Syriusza. Ona naprawdę
cię przepraszaSyriusz. – Chłopcy pożegnali się i Luca teleportował się
do Rzymu.
Syriuszprzeszedł obok Pottera z triumfalnym wyrazem twarzy. Zabolało. I dobrze, miałozaboleć.
-------------------------------------
WYRAZY SKLEJONE PRZEZ ONET!
WYRAZY SKLEJONE PRZEZ ONET!
* To skutkiklasy biol-chem… Mimo wszystko zajebiści
biol-chemiści ; ))
In. Adrenalina, zwana również hormonem strachu, walki i ucieczki.
biol-chemiści ; ))
In. Adrenalina, zwana również hormonem strachu, walki i ucieczki.
Szału
znotką nie ma. Mogłaby być lepsza. Większość notki to postać Syriusza
Blacka,która trochę mnie zafascynowała i postanowiłam wam bardziej ją
przybliżyć. Mimowszystko te wydarzenia pojawią się w dalszym losie
opowiadania.
PozdrawiamAnonimkę i Shrew, które za każdym razem są i komentują moje wypociny. Naprawdęjestem wam za to wdzięczna !
Notka.
Faktpisana długo, jak na mnie, ale nie wiedziałam jak wprowadzić wątek,
dlatego, żenie chciałam ujawniać tajemnicy. Mam nadzieję, że się udało.
A terazzadanie dla was,
Kim jesttajemnicza postać z początku opowiadania?
Piszcie!
Piszcie!
Rozdział XII - Strach ma wielkie oczy.
Jechałam. Co ja mówię, wręcz pędziłam. Przez noc. Bez
kasku. Czy to nie brzmi trochę jak misja samobójcza? Tak się może niektórym
wydawać,ale mi jednak przyświecał cel. Cel. Zabawne, każdy dąży do jego
osiągnięcia.Nie każdemu się udaje. Jednak nikt nigdy nie powiedział, że cel
podróży czy cel życia będzie piękny i kolorowy. Co z szarością, smutkiem,
cierpieniem? Czy one są wpisane w życie?
Moje życie? Czy każda szczęśliwa chwila pociąga za sobą jakąś tragedię?
Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Być może to fatum, być może coś innego.
Mimo wszystko zawsze jest coś, co nade mną wisi i nie pozwala mi być do końca
szczęśliwą.
Nie zważając na powiększającą się strzałkę w liczniku
prędkości, jechałam przez puste ulice Rzymu. Tą drogę pokonywałam już nie
raz.Wiedziałam dokładnie w którą uliczkę powinnam skręcić, aby dojechać do
miejsca mojej podróży. Zajechałam pod dom niemal w pół minuty. Okolica wyglądała
spokojnie. Była pogrążona w błogim śnie. Jedynie światło jednego domku
zakłócało wszechobecną ciemność. Rozejrzałam się uważnie. Nie było nic
podejrzanego ani godnego uwagi. Coś poruszyło się przede mną. Jakaś postać
oddalała się biegiem, odwracając się za siebie. Coś tu śmierdzi. Zdecydowanie
coś jest nie tak.
Nie czekając dłużej zsiadłam z motoru i biegiem udałam
się do domku. Zostawiłam motor, tak jak przyjechałam razem z kluczykami, ale
teraz to nie było najważniejsze. Ważne było, żeby zdążyć. Wbiegłam po schodach
przy okazji potykając się o moje za długie nogi. Nie czekając dłużej wparowałam
do mieszkania. Dostałam lekkiej zadyszki, jednak nie przeszkadzało mi
to.Rozglądnęłam się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu, dopóki mój wzrok
nie spoczął na salonie. Coś było nie w porządku. Weszłam tam i doznałam
szoku.Wszędzie było pełno krwi. Zemdliło mnie od tego widoku. Ściany,
meble,dosłownie wszystko. Nawet sufit.
Jedna kto nie było to co mnie przeraziło. Na kanapie było ciało. Podeszłam
bliżej.Postać była odwrócona. Przypuszczałam, że jest to kobieta. Odwróciłam
ją. To…Nie, nie wierze! To była Aless! Dosłownie w jednej chwili mnie zmroziło.
Czułam jak uginają się pode mną nogi. Pamiętam, jak osunęłam się na ziemię
trzymając kuzynkę za rękę. Nie byłam w stanie logicznie myśleć. Nagle mój świat
zawalił się. Nic nie było już ważne. Trzymałam ją w ramionach, mając nadzieję,
że to kolejny zły sen, że kuzynka zaraz wstanie i powie, że to wszystko żart,
że… że żyje…
Łzy ciekły mi po twarzy, zabierając mi pole widzenia. Co jakiś czas wstrząsały mną spazmy. Nie wiem, jak długo tam siedziałam pogrążona w otchłani rozpaczy.Chyba to do mnie jeszcze nie docierało. Ta myśl nie chciała dostać się do mojego umysłu, może dlatego, że jej na to nie pozwalałam. Trzymałam jej ciało w swoich rękach modląc się do Boga. Ten horror tak naprawdę do mnie nie docierał.Mój świat zwolnił. Ciało ugięło się do przodu i położyłam głowę na jej klatce piersiowej. Było mi wszystko jedno, co się dzieje. Minęło sporo czasu, jednak ja nie przestawałam płakać. Nie wiem kiedy, ani skąd pojawił się Luca.
Łzy ciekły mi po twarzy, zabierając mi pole widzenia. Co jakiś czas wstrząsały mną spazmy. Nie wiem, jak długo tam siedziałam pogrążona w otchłani rozpaczy.Chyba to do mnie jeszcze nie docierało. Ta myśl nie chciała dostać się do mojego umysłu, może dlatego, że jej na to nie pozwalałam. Trzymałam jej ciało w swoich rękach modląc się do Boga. Ten horror tak naprawdę do mnie nie docierał.Mój świat zwolnił. Ciało ugięło się do przodu i położyłam głowę na jej klatce piersiowej. Było mi wszystko jedno, co się dzieje. Minęło sporo czasu, jednak ja nie przestawałam płakać. Nie wiem kiedy, ani skąd pojawił się Luca.
- Lilyann… - dobiegł mnie głos, który poznałabym
wszędzie. Pozwoliłam, aby część
szczegółów dotarła do mojego umysłu. Intensywnie wpatrywałam się w Luca
opuchniętymi oczyma.
- Wszystko będzie dobrze kochanie. – wyciągnął do mnie
dłoń chcąc wziąć mnie w ramiona.
- Nie, nie mogę jej tu zostawić – wyjąkałam, a moim
ciałem wstrząsnął potężny spazm.
Mimo moich protestów Luca podniósł mnie z podłogi. Jego ramiona owinęły się wokół mnie. Oczy mnie piekły, mimo wszystko łzy dalej leciały mocząc koszulę Luca. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej, pozwalając mu na głaskanie moich włosów. Nie rozumiałam słów które do mnie wypowiadał. Pogrążałam się w rozpaczy. Luca wyciągnął telefon i nagle koło mnie pojawiła się Luci. Domyślam się, że przeraziło ją to co zobaczyła, bo wydała z siebie cichy dźwięk. Luca powoli wyprowadzał mnie z budynku,pozwalając by Luci została z Aless sam na sam. Mimo wszystko mój mózg wciąż nie akceptował tego faktu, ani nie dopuszczał takiej możliwości do siebie.
Mimo moich protestów Luca podniósł mnie z podłogi. Jego ramiona owinęły się wokół mnie. Oczy mnie piekły, mimo wszystko łzy dalej leciały mocząc koszulę Luca. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej, pozwalając mu na głaskanie moich włosów. Nie rozumiałam słów które do mnie wypowiadał. Pogrążałam się w rozpaczy. Luca wyciągnął telefon i nagle koło mnie pojawiła się Luci. Domyślam się, że przeraziło ją to co zobaczyła, bo wydała z siebie cichy dźwięk. Luca powoli wyprowadzał mnie z budynku,pozwalając by Luci została z Aless sam na sam. Mimo wszystko mój mózg wciąż nie akceptował tego faktu, ani nie dopuszczał takiej możliwości do siebie.
Skończyłam siedząc na motorze jadącym do domu. Te
wszystkie wydarzenia, to było za dużo jak dla mnie. Nie mogłam w to
uwierzyć.Byłam w szoku. Powoli wszystkie informacje składały mi się w jedną
całość. Ta dziewczyna… To jej wina. Tylko dlaczego ktoś chciałby śmierci Aless?
Mija już piąty dzień odkąd nie ma Aless. Nie potrafię
mówić jeszcze o tym. Jedynymi moim zajęciami jest płacz i wspominanie.
Czuje,jak odsuwam się od wszystkich. Nie odpisuje już na żadne listy, ani z
nikim szczególnie nie rozmawiam. Nie potrafię udawać, że się z tym pogodziłam.
Bo do CHOLERY tak nie jest! Dlaczego ona? Jest taka młoda. Życie przed nią. A
to wszystko moja wina. Gdybym wtedy została z nią i nie kazała jej wybierać,
może wtedy byłaby żywa? Może śmiałaby się teraz razem ze mną? Wszystko
spieprzyłam.Tyle, że nie potrafię żyć z tym, wiedząc, że przeze mnie ona teraz
leży… Martwa?
Nie wychodziłam praktycznie z pokoju, wszystko mi ją przypominało. Kolejnym powodem był Joe. Bałam się, że gdy o nią zapyta wybuchnę płaczem. Kiedyś muszę mu o tym powiedzieć, ale nie jestem w stanie. To po prostu jest straszne. Cały czas mam ten obraz przed oczami. W nocy potrafię obudzić się kilkanaście razy zalana potem. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego i miałam nadzieję że mi się to już nigdy nie przytrafi. Dzisiaj był ten dzień. Postanowiłam, że nie mogę cały czas siedzieć sama w tym pokoju. Powoli wariowałam od tego. Wiem, że Aless na pewno nie chciałaby, żebym się użalałam i była smutna. Ale… Tęskniłam, cierpiałam.Tak cholernie… Jakaś część mnie chciała odwiedzić Joe i rzucić się w jego ramiona i rozpaczać, jednak wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. To by go zniszczyło.
Nie wychodziłam praktycznie z pokoju, wszystko mi ją przypominało. Kolejnym powodem był Joe. Bałam się, że gdy o nią zapyta wybuchnę płaczem. Kiedyś muszę mu o tym powiedzieć, ale nie jestem w stanie. To po prostu jest straszne. Cały czas mam ten obraz przed oczami. W nocy potrafię obudzić się kilkanaście razy zalana potem. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego i miałam nadzieję że mi się to już nigdy nie przytrafi. Dzisiaj był ten dzień. Postanowiłam, że nie mogę cały czas siedzieć sama w tym pokoju. Powoli wariowałam od tego. Wiem, że Aless na pewno nie chciałaby, żebym się użalałam i była smutna. Ale… Tęskniłam, cierpiałam.Tak cholernie… Jakaś część mnie chciała odwiedzić Joe i rzucić się w jego ramiona i rozpaczać, jednak wiedziałam, że nie mogę tego zrobić. To by go zniszczyło.
Wstałam. To był pierwszy taki dzień. Poszłam się umyć
i starałam się nie zwracać uwagi na moje podpuchnięte oczy i sińce pod
oczami.Wyglądałam jak żywa śmierć.
Zeszłam na śniadanie i udawałam, że nic się nie
stało.Wiedziałam, że był tam Joe, więc przybrałam na twarz szczęśliwy uśmiech.
Po drodze spojrzałam w lustro i stwierdziłam, że wyglądałam nawet
przekonująco.Weszłam do kuchni z uśmiechem nr 3. Joe siedział nad jajecznicą
grzebiąc w niej widelcem, a Luci stała nad nim ze złością na twarzy.
- Jak ci nie smakuje możesz powiedzieć – mówiła w
kółko ze złością.
- Jest bardzo dobra – za każdym razem odpowiadał
znudzony Joe, nie przerywając wcześniejszej czynności.
Spoglądałam na nich z lekkim uśmiechem. Nie zauważyli mojej obecności, więc cichutko odchrząknęłam.
Spoglądałam na nich z lekkim uśmiechem. Nie zauważyli mojej obecności, więc cichutko odchrząknęłam.
- O Lily – powiedziała Luci spoglądając na mnie
smutnymi oczyma.
- Witajcie. Joe co ty taki ponury? – spytałam – Stało
się coś ? Ktoś umarł?
Siliłam się na żarty. Czułam jak moje oczy wypełniają się łzami na samo wspomnienie. Luci spojrzała na mnie. Również była bliska płaczu. Oddychałam głęboko, by powstrzymać przypływającą falę rozpaczy. Udało się. Nie wiem jak długo wytrzymam.
Siliłam się na żarty. Czułam jak moje oczy wypełniają się łzami na samo wspomnienie. Luci spojrzała na mnie. Również była bliska płaczu. Oddychałam głęboko, by powstrzymać przypływającą falę rozpaczy. Udało się. Nie wiem jak długo wytrzymam.
- Nie, wszystko gra Lily. – odpowiedział smutnym i
zmęczonym głosem.
Spojrzałam na niego. Wyglądał na smutnego. Był przygnębiony. Chyba się postarzał o kilka lat. Widziałam, że coś jest nie tak, ale nie podejmowałam tego tematu. Na razie.
Spojrzałam na niego. Wyglądał na smutnego. Był przygnębiony. Chyba się postarzał o kilka lat. Widziałam, że coś jest nie tak, ale nie podejmowałam tego tematu. Na razie.
- Co zjesz Lily? – zapytała Luci.
- Poproszę kawę.
- Musisz coś zjeść Lily – Luci spojrzała na mnie. Jej
wzrok starał się mówić, że Aless na pewno by nie chciała, żebym się głodziła.
- Dobrze już dobrze, poproszę kanapkę z serem.
- Już się robi.
Joe spoglądał na nią to na mnie, a jego oczy jakby
przygasły. Nie było w nich widać już tych wesołych ogników.
- Dziękuje – powiedział i wstał od stołu, sprzątając
zmaltretowaną jajecznicę. Podszedł do Luci i pocałował ją w czoło. Ta w
odpowiedzi pogroziła mu palcem. Sprawdziłam trzy razy czy sobie poszedł.
- I co, wiadomo coś?
Luci spojrzała na mnie smutno. – Dalej
szukają.Wsadzają te nosy w nieswoje sprawy.
- Myślisz, że długo to potrwa?
- Tydzień, może dwa.
Szukali Aless. Policja. Zainteresowali się śladami
krwi w mieszkaniu. Ktoś musiał ich powiadomić. Chciałam tylko pochować moją
kuzynkę. Ale ktoś widocznie nie chciał dać temu spokoju, bo Aless stała się
tematem numer 1 w prasie i telewizji. Dlatego Luca sprytnie ukrywał gazety i
odłączył kablówkę.
- To długo.
Nie pocieszała mnie myśl, że ciało mojej kuzynki
spoczywało w pokoju na trzecim piętrze. Tylko Luca i Luci wiedzieli gdzie. Ja
wolałam nie wiedzieć.
Śniadanie zjadłam stosunkowo szybko, jeżeli nie liczyć
przełykania na siłę kawałków jedzenia. Nic nie chciało przejść mi przez gardło.
Wyszłam na korytarz i skierowałam się prosto do pokoju
Joe. Spojrzałam na niego przez uchylone drzwi. Siedział pochylając się nad jakimś
zdjęciem. Cichutko zapukałam.
- Mogę?
- Jasne, wejdź Lily.
Nie chciałam być sama.
- Możemy porozmawiać? – spytałam i spojrzałam na jego
ręce, w których znajdowało się zdjęcie Aless. Na sam widok moje oczy zaczęły
wydzielać łzy. Spuściłam głowę.
- Co się stało Lily? – zapytał.
Pokręciłam głową na znak, że to nic takiego.
- Podnieś głowę – nakazał mi tonem starszego
brata.Kiedy nie podnosiłam jej przez jakiś czas, sam to zrobił. – Lil ty
płaczesz?
- Coś mi wpadło do oka.
- Kłamiesz Lil. Co się stało?
- Ja… Joe… tak strasznie cię przepraszam. Nie
chce,żebyś mnie nienawidził. Jeżeli ci powiem wiem że to zrobisz…
Łzy leciały mi po twarzy.
- Ja wiem Lily.
- Co…Co wiesz? – spojrzałam na niego czujnymi oczami.
- Wszystko Lil. Od początku wiedziałem. Słyszałem jak
rozmawialiście za moimi plecami. Ja wiem, że ona… ona…
- Joe, nie mów tego. Nie mów tego bo mi serce pęknie.
- Lil, nie nienawidzę cię, kocham cię jak siostrę.
Japo prostu czuję się odpowiedzialny za to, że ona…
- To nie twoja wina Joe.
- Gdyby nie siedział, tylko przyprowadził ją tutaj….
- Nie przyszłaby Joe. Nigdy nie chciała być
ograniczona.
- Nie prawda Lil – załkał cicho Joe. – Mogłaby mnie
nienawidzić, ale była by żywa.
Łzy leciały po jego smukłej twarzy, a mnie się serce
krajało.
- To nie twoja wina Joe. Gdybym jej tam nie
zostawiła,gdybym nie kazała jej wybierać, jestem pewna że potoczyło by się to
inaczej.
Joe siedział na łóżku oparty o ścianę. Wgramoliłam się
tam i usiadłam obok niego. W odpowiedzi Joe wziął mnie w ramiona. Płakaliśmy
cicho nad naszą stratą, nad naszym wielkim i niewyobrażalnym cierpieniem. Nie
wiem ile czasu minęło, kiedy ostatni raz coś powiedziałam, ale czułam
potrzebę,żeby coś powiedzieć.
- Czuje jakby wielka część mnie umarła – powiedziałam
i cicho załkałam.
- Z nią odeszło mojej serce Lil. Kochałem i kocham ją
ponad wszystko.
- Wiem Joe.
Przytuliłam się do niego. Nie wiem ile czasu
minęło,sekundy czy godziny. Nikt tego nie liczył. Ważna była tylko ona. Chwilę
tą przerwał Luca wchodząc do pokoju. Na początku rozglądnął się niepewnie, ale
gdy zobaczył mnie i Joe zapłakanych, widziałam jak serce mu się kraje.
- Nie chcę wam
przerywać, ale Luci czeka z kolacją na dole.
- Tak, już idziemy – powiedział Joe nieprzytomnie.
Nie czułam się za dobrze, kręciło mi się w głowie od
ciągłego płaczu. Wstałam, ale od razu
nogi się pode mną ugięły. Luca od razu znalazł się przy mnie przytrzymując
mnie. Nie czekając na moją zgodę wziął mnie na ręce i zaniósł do mojego pokoju.
- Belissima obiecaj
mi, że dopóki nie wrócę będziesz tutaj leżała i odpoczywała.
Nie miałam siły odpowiedzieć, więc kiwnęłam lekko
głową na zgodę. Luca położył mnie do łóżka i szczelnie przykrył kocem. Na
odchodnym pocałował mnie w głowę.
Nie mam pojęcia, ile go nie było ze mną. Myślałam, że
minęła wieczność. Spałam, gdy wchodził do mojego pokoju. Obudził
mnie,delikatnie całując mnie w usta.
- Jak się czujesz? – zapytał.
- Lepiej – zdecydowanie zawroty głowy ustąpiły. Jak
się okazało Luca przyniósł mi kolację. Zjadłam wszystko co przyniósł, dlatego
że cały dzień nie miałam nic w ustach oprócz tej kanapki na śniadanie.
Potem Luca usiadł na łóżku i przytulił mnie. Nie wiem
ile trwaliśmy w tym uścisku.
- Jak się czujesz cara
mia?
- Lepiej.
- Dobrze wiesz, że nie o to pytam.
- Nie najlepiej. Wiadomo coś nowego?
- Nadal jej szukają. Nie rozumiem tylko, skąd oni
wiedzą o tym.
- Myślę, że ktoś im dał cynk.
Ta rozmowa pozostawała bez odpowiedzi. Luca cały czas
starał się odciągnąć moje myśli od Aless. Udawało mu się, jednak po chwili
cierpienie wracało.
- Belissima,właściwie
dlaczego nie ma tu jeszcze twoich wielbicieli?
- Bo mi wystarczy tylko jeden – powiedziałam mu i pokazałam mu język. – A gdzie się podziały twoje kobiety?
Wątpię,że żadna nie chce takiego ciacha.
- Dowiedziały się, że aktualnie moje serce należy do
kogoś innego.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Mogę ci zadać jedno niedyskretne pytanie ?
- Jasne – odpowiedziałam.
- Przed kim uciekałaś tamtego dnia, gdy poznałaś Joe?
- Ach, to. Jednak z Joe’go to straszna papla.
- Coś tam wspominał. Tak więc, odpowiesz mi? – spytał
się patrząc na mnie miną zbitego psa.
- Tak, odpowiem. To był mój były.
- Nie wiedziałem, przykro mi.
- Nie powinno ci być przykro. Nie dla kogoś takiego
–powiedziałam z pogardą. – Spotkałam go tutaj, dokładnie rok temu. Nie miałam
pojęcia, że on chodzi do Hogwartu. Spędziłam z nim cudowne chwilę, coś taki
mały wakacyjny romans. Nie wiem, czemu wtedy ty się nie pojawiłeś. On przy
tobie wymięka.
- Byłem w Wenecji. Stamtąd pochodzę. Ja też będę takim
małym wakacyjnym romansem?
- To musi być piękne miasto. Daj spokój Luca
-powiedziałam i pocałowałam go. - Ty nigdy nie będziesz małym romansem, nie dla
mnie. Więc, wracając do opowieści. Było po prostu pięknie, ale minęło. Wróciłam
do domu. Odpowiadałam na jego listy, jednak powoli pochłonęły mnie myśli o
szkole, więc szybko zapominałam. On wtedy też nie pisał. Coś się
urwało.Pojechałam do Hogwartu. Nie wiesz jaki to był szok zobaczyć go
siedzącego przy stole Ślizgonów i uśmiechającego się do mnie. Była to dla mnie
jakaś piękna bajka w której mogłam grać. Wydawał mi się idealny, bez wad.
Wszystko szło pięknie i gładko. Jednak zmieniło się. Przed wakacjami coś się
zaczęło psuć.Odsunął się ode mnie. Spotykał się ze swoimi kolegami. Parał się Czarną
Magią.Zaczął mi powtarzać, że nie jestem dość dobra. Zawsze słyszałam to od
każdego,jednak to był swojego rodzaju cios dla mnie. Aż tamtego pamiętnego
dnia. Wszystko się skończyło. Wszystko przekreślił. Tamten dzień….
--------------------------
--------------------------
Wielka Sala, była inna. Zamiast czterech stołów, stała
tam ponad setka mniejszych stolików, wszystkie ustawione w ten sam sposób. Przy
każdym z nich siedział uczeń z nisko nachyloną głową gryzmoląc coś na rolce
pergaminu. Jedynymi dźwiękami było skrzypienie piór i od czasu do czasu szmer,
kiedy ktoś rozwijał swój pergamin. Był to czas egzaminu Obrony przed czarną
magią.
Słońce padało strumieniami przez wysokie okna na pochylone głowy, które lśniły kasztanowo, miedzianie i na złoto. On, który miał blady i żylasty wygląd, jak roślina przetrzymywana w ciemnościach. Jego proste, przetłuszczone włosy leżały oklapnięte na stole, jego haczykowaty nos wisiał zaledwie o pół cala nad powierzchnią pergaminu kiedy pisał. Na swój sposób wydawał mi się piękny,uroczy. Wewnętrznie.
Słońce padało strumieniami przez wysokie okna na pochylone głowy, które lśniły kasztanowo, miedzianie i na złoto. On, który miał blady i żylasty wygląd, jak roślina przetrzymywana w ciemnościach. Jego proste, przetłuszczone włosy leżały oklapnięte na stole, jego haczykowaty nos wisiał zaledwie o pół cala nad powierzchnią pergaminu kiedy pisał. Na swój sposób wydawał mi się piękny,uroczy. Wewnętrznie.
- Jeszcze pięć minut! – dobiegł wszystkich głos
profesora Flitwicka, który chodził poruszał się między stolikami.
Czytałam swoją pracę. Wydawało mi się, że wszystko napisałam poprawnie. Rozglądnęłam się po sali. Potter ziewał i mierzwił swoje kudły, sprawiając, że stawały się bardziej potargane, niż były. Odwrócił się do Syriusza i uśmiechał się do niego swoimi zębiskami.
Syriusz siedział rozparty beztrosko w swoim krześle kiwając się w tył na dwóch nogach. Był bardzo przystojny. Jego ciemne włosy opadały na oczy z pewnego rodzaju niedbałą elegancją, a siedząca za nim dziewczyna obserwowała go z nadzieją, chociaż on zdawał się tego nie zauważać. A dwa miejsca dalej za tą dziewczyną siedział Remus. Wyglądał raczej blado i mizernie i zajęty był egzaminem. Czytając ponownie swoje odpowiedzi podrapał się w brodę końcem swego pióra marszcząc nieco brwi.
Glizgodon był małym chłopakiem o mysich włosach i szpiczastym nosie. Wyglądał na zaniepokojonego. Obgryzał paznokcie gapiąc się na swój arkusz i szurając po podłodze palcami stóp. Co chwila rzucał pełne nadziei spojrzenia na kartkę swojego sąsiada.
- Pióra na bok, proszę! - pisnął profesor Flitwick. - To dotyczy również ciebie, Stebbins! Proszę pozostać na miejscach podczas gdy ja będę zbierał wasze pergaminy! Accio!
Ponad setka rolek pergaminu poszybowała w powietrzu prosto w rozpostarte ramiona Flitwicka zwalając go z nóg do tyłu. Kilkoro ludzi wybuchnęło śmiechem.Kilku uczniów podniosło się z przednich ławek, chwyciło profesora Flitwicka pod ręce i postawiło go z powrotem na nogi.
- Dziękuję... dziękuję - wysapał profesor Flitwick. - No dobrze, wszyscy,jesteście wolni!
Potter zerwał się pierwszy i czekał, aż Black dołączy do niego. Pewnie znowu planowali napadać na słabszych. Wstałam z pewnego rodzaju elegancją i czekałam,aż Tonks i Marly skończą się pakować. Rozejrzałam się jeszcze po Sali i dostrzegłam Snape'a niedaleko, przemykającego się między stołami w do Sali Wejściowej, wciąż pochłoniętego swoim egzaminem. Przygarbiony, a mimo to kanciasty szedł w tym szarpiącym stylu, który przypominał chód pająka,a jego oleiste włosy opadały mu na twarz.
Ruszyłam z dziewczynami śmiejąc się. Przemknęłyśmy obok Huncwotów słysząc skrawek ich rozmowy.
Czytałam swoją pracę. Wydawało mi się, że wszystko napisałam poprawnie. Rozglądnęłam się po sali. Potter ziewał i mierzwił swoje kudły, sprawiając, że stawały się bardziej potargane, niż były. Odwrócił się do Syriusza i uśmiechał się do niego swoimi zębiskami.
Syriusz siedział rozparty beztrosko w swoim krześle kiwając się w tył na dwóch nogach. Był bardzo przystojny. Jego ciemne włosy opadały na oczy z pewnego rodzaju niedbałą elegancją, a siedząca za nim dziewczyna obserwowała go z nadzieją, chociaż on zdawał się tego nie zauważać. A dwa miejsca dalej za tą dziewczyną siedział Remus. Wyglądał raczej blado i mizernie i zajęty był egzaminem. Czytając ponownie swoje odpowiedzi podrapał się w brodę końcem swego pióra marszcząc nieco brwi.
Glizgodon był małym chłopakiem o mysich włosach i szpiczastym nosie. Wyglądał na zaniepokojonego. Obgryzał paznokcie gapiąc się na swój arkusz i szurając po podłodze palcami stóp. Co chwila rzucał pełne nadziei spojrzenia na kartkę swojego sąsiada.
- Pióra na bok, proszę! - pisnął profesor Flitwick. - To dotyczy również ciebie, Stebbins! Proszę pozostać na miejscach podczas gdy ja będę zbierał wasze pergaminy! Accio!
Ponad setka rolek pergaminu poszybowała w powietrzu prosto w rozpostarte ramiona Flitwicka zwalając go z nóg do tyłu. Kilkoro ludzi wybuchnęło śmiechem.Kilku uczniów podniosło się z przednich ławek, chwyciło profesora Flitwicka pod ręce i postawiło go z powrotem na nogi.
- Dziękuję... dziękuję - wysapał profesor Flitwick. - No dobrze, wszyscy,jesteście wolni!
Potter zerwał się pierwszy i czekał, aż Black dołączy do niego. Pewnie znowu planowali napadać na słabszych. Wstałam z pewnego rodzaju elegancją i czekałam,aż Tonks i Marly skończą się pakować. Rozejrzałam się jeszcze po Sali i dostrzegłam Snape'a niedaleko, przemykającego się między stołami w do Sali Wejściowej, wciąż pochłoniętego swoim egzaminem. Przygarbiony, a mimo to kanciasty szedł w tym szarpiącym stylu, który przypominał chód pająka,a jego oleiste włosy opadały mu na twarz.
Ruszyłam z dziewczynami śmiejąc się. Przemknęłyśmy obok Huncwotów słysząc skrawek ich rozmowy.
- Podobało ci się pytanie dziesiąte,Lunatyku? -
zapytał Syriusz, kiedy pojawili się w Sali Wejściowej.
- Nawet bardzo - odparł rześko Lupin - Podać pięć oznak, które identyfikują wilkołaka. Rewelacyjne pytanie.
Skierowałyśmy się w kierunku jeziorka, aby pomoczyć zmęczone stopy. Potter i jego banda poczłapali ku nam. Rozglądnęłam się kolejny raz i z ulgą zobaczyłam,że Snape ślęcząc nad swoim egzaminem usiadł w gęstym cieniu kępy krzewów. Na całe szczęście Potter zatrzymał się przy buku nad brzegiem jeziora. Wyjął znicza, którego zapewne ukradł z treningu i zaczął się nim bawić. Glizdogon wyglądał na tak podnieconego tym co robił James, że mało się nie posikał. Nie wiem co jest fascynującego w łapaniu znicza. Remus wyciągnął książkę i zaczął czytać. Syriusz rozglądał się dookoła po uczniach rozłożonych na trawie. Wyglądał trochę na wyniosłego i znudzonego,ale i bardzo przystojnego. James nadal bawił się zniczem, pozwalając mu odlatywać coraz dalej i dalej, tak że niemal mógł uciec, ale zawsze chwytał go w ostatniej chwili. Glizdogon obserwował go z otwartymi ustami. Za każdym razem, gdy Jamesowi udał się jakiś szczególnie trudny chwyt, Glizdogon chwytał z przejęciem powietrze i bił brawo. Snape upychał papiery z SUMa do swojej torby. Wstał i ruszył przez trawę. Nie musiałam długo czekać, żeby zobaczyć, że James i Syriusz nie przepuszczą takiej okazji. Idioci!
- Nawet bardzo - odparł rześko Lupin - Podać pięć oznak, które identyfikują wilkołaka. Rewelacyjne pytanie.
Skierowałyśmy się w kierunku jeziorka, aby pomoczyć zmęczone stopy. Potter i jego banda poczłapali ku nam. Rozglądnęłam się kolejny raz i z ulgą zobaczyłam,że Snape ślęcząc nad swoim egzaminem usiadł w gęstym cieniu kępy krzewów. Na całe szczęście Potter zatrzymał się przy buku nad brzegiem jeziora. Wyjął znicza, którego zapewne ukradł z treningu i zaczął się nim bawić. Glizdogon wyglądał na tak podnieconego tym co robił James, że mało się nie posikał. Nie wiem co jest fascynującego w łapaniu znicza. Remus wyciągnął książkę i zaczął czytać. Syriusz rozglądał się dookoła po uczniach rozłożonych na trawie. Wyglądał trochę na wyniosłego i znudzonego,ale i bardzo przystojnego. James nadal bawił się zniczem, pozwalając mu odlatywać coraz dalej i dalej, tak że niemal mógł uciec, ale zawsze chwytał go w ostatniej chwili. Glizdogon obserwował go z otwartymi ustami. Za każdym razem, gdy Jamesowi udał się jakiś szczególnie trudny chwyt, Glizdogon chwytał z przejęciem powietrze i bił brawo. Snape upychał papiery z SUMa do swojej torby. Wstał i ruszył przez trawę. Nie musiałam długo czekać, żeby zobaczyć, że James i Syriusz nie przepuszczą takiej okazji. Idioci!
Lupin i Glizdogon siedzieli dalej. Lupin nadal gapił
się w dół na swoją książkę, ale jego oczy nie poruszały się i pomiędzy jego
brwiami pojawiła się cienka zmarszczka. Glizdogon patrzył to na Syriusza i
Jamesa, to na Snape'a z chciwym wyczekiwaniem wymalowanym na twarzy.
- Wszystko w porządku, Smarku? - spytał głośno James. Widocznie chciał, żeby całe błonie słyszały o jego głupocie.
Snape zareagował tak szybko, jakby spodziewał się ataku. Upuszczając torbę wsadził rękę pod swoje szaty i jego różdżka była w połowie drogi na zewnątrz,kiedy James krzyknął Expelliarmus!
Różdżka Snape'a wyleciała na dwanaście stóp w powietrze i upadła z cichym głuchym odgłosem na trawę za nim. Syriusz parsknął śmiechem.
- Impedimenta! - krzyknął wskazując różdżką na Snape'a, który padł zwalony z nóg w połowie sięgania po swoją leżącą na trawie różdżkę.
Wszyscy uczniowie dookoła odwrócili się, by zobaczyć co się dzieje. Niektórzy podnieśli się i podchodzili bliżej. Niektórzy wyglądali na zalęknionych, inni na rozbawionych.
Snape leżał dysząc na ziemi. James i Syriusz zbliżyli się do niego z uniesionymi różdżkami. Idąc James zerkał przez ramię na nas. Glizdogon też się podniósł obserwując łapczywie, przechodząc wokół Lupina, by mieć lepszy widok.
- Jak poszedł egzamin, Smarkerusie? - spytał James.
- Patrzyłem na niego, dotykał nochalem pergaminu - stwierdził złośliwie Syriusz.- Będą na nim wielkie tłuste plamy, nie będą w stanie odczytać ani słowa.
Kilkoro obserwujących ich ludzi zaśmiało się. Snape próbował wstać, ale zaklęcie wciąż działało. Szarpał się jakby był związany niewidzialnymi linami.
- Wy... poczekajcie - wysapał wpatrując się w Jamesa z wyrazem najczystszej niechęci. - poczekajcie tylko!
- Poczekać na co? - spytał chłodno Syriusz. - Co zamierzasz zrobić, Smarku,wytrzesz o nas swój nochal?
Snape wyrzucił z siebie strumień przekleństw zmieszanych z zaklęciami, ale że jego różdżka leżała dziesięć stóp od niego, nic się nie wydarzyło. W tamtym momencie wstałam z różdżką wyciągniętą przed siebie, szykując się do ataku.Przyjaciółki próbowały mnie powstrzymać, jednak ja ich nie słuchałam.Przemknęłam przez bandę uczniów zebraną wokół nich.
- Umyj sobie buźkę - powiedział zimno James. - Scourgify!
W jednej chwili z ust Snape'a popłynęły strumieniem różowe bańki mydlane. Piana pokrywała jego wargi dusząc go...
- Zostawcie go W SPOKOJU!
James i Syriusz spojrzeli w moim kierunku. Wolna ręka Pottera natychmiast podskoczyła do jego włosów.
- Wszystko w porządku, Evans? - spytał James, a ton jego głosu stał się nagle uprzejmy, głębszy, bardziej dojrzały. Przeszły po mnie ciarki.
- Zostawcie go w spokoju – powtórzyłam. Patrzyłam na Pottera ze wszystkimi oznakami wielkiej niechęci. - Co on wam zrobił?
- No cóż - stwierdził James po chwili zastanowienia - chodzi bardziej o to, że istnieje, jeśli wiesz, co mam na myśli...
Idiota! – wyrzucałam sobie w myślach. Jak taka osoba może w ogóle stąpać po ziemi? Wielu z otaczających ich uczniów zaśmiało się, włączając w to Syriusza i Glizdogona, ale ani Lupin, wciąż najwyraźniej skupiony na swojej książce, ani ja tego nie uczyniliśmy.
- Myślisz, że jesteś zabawny - powiedziała zimno. - Ale jesteś tylko aroganckim, znęcającym się szmaciarzem, Potter. Zostaw go w spokoju.
- Zostawię, jeśli umówisz się ze mną, Evans - odparł szybko James. - No dalej,umów się ze mną i nigdy więcej nie położę różdżki na starym Smarku.
Za jego plecami Zaklęcie Unieruchamiające przestawało działać. Snape cal po calu ruszył czołgając się w kierunku swojej różdżki wypluwając kłęby mydlanej piany.
- Nie umówiłabym się z tobą nawet gdybym miała wybierać między tobą i wielką kałamarnicą - oznajmiłam.
- No to pech - powiedział rześko Syriusz i odwrócił się z powrotem do Snape'a -OJ!
Ale już było za późno. Snape wymierzył swoją różdżkę prosto w Jamesa. Błysnęło światło i na twarzy Pottera pojawiła się rana, opryskując krwią jego szaty.Jamesem okręciło. Po następnym błysku światła Snape wisiał do góry nogami w powietrzu. Jego szaty opadły mu na głowę odsłaniając wychudłe, blade nogi i parę poszarzałych majtek.
Wielu ludzi pośród małego tłumu zaczęło bić brawa. Syriusz, James i Glizdogon ryczeli ze śmiechu.
Byłam wściekła. Musiała to odzwierciedlać moja twarz, ryknęłam: - Sprowadź go na dół!
- Oczywiście - odparł James i machnął w górze różdżką. Snape upadł na ziemię jak pognieciony kłębek. Wyplątując się ze swoich szat wstał szybko z podniesioną różdżką, ale Syriusz krzyknął: - Petrificus Totalus! i Snape przewrócił się znowu sztywny jak deska.
- ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! - krzyknęłam. Teraz i ja miałam wyciągniętą różdżkę.James i Syriusz zerkali na mnie ostrożnie.
- Eh, Evans, nie zmuszaj mnie, żebym cię zaklął. - powiedział poważnie James.
- Więc zdejmij z niego tę klątwę!
James westchnął głęboko, po czym zwrócił się w stronę Snape'a i wymruczał przeciwzaklęcie.
- Proszę bardzo - powiedział kiedy Snape gramolił się na nogi. - Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie...
- Nie potrzebuję pomocy od takiej małej plugawej szlamy jak ona!
Mrugnęłam. Czy się przesłyszałam? Czy on faktycznie mnie tak nazwał? Serce mi się krajało.
- Wszystko w porządku, Smarku? - spytał głośno James. Widocznie chciał, żeby całe błonie słyszały o jego głupocie.
Snape zareagował tak szybko, jakby spodziewał się ataku. Upuszczając torbę wsadził rękę pod swoje szaty i jego różdżka była w połowie drogi na zewnątrz,kiedy James krzyknął Expelliarmus!
Różdżka Snape'a wyleciała na dwanaście stóp w powietrze i upadła z cichym głuchym odgłosem na trawę za nim. Syriusz parsknął śmiechem.
- Impedimenta! - krzyknął wskazując różdżką na Snape'a, który padł zwalony z nóg w połowie sięgania po swoją leżącą na trawie różdżkę.
Wszyscy uczniowie dookoła odwrócili się, by zobaczyć co się dzieje. Niektórzy podnieśli się i podchodzili bliżej. Niektórzy wyglądali na zalęknionych, inni na rozbawionych.
Snape leżał dysząc na ziemi. James i Syriusz zbliżyli się do niego z uniesionymi różdżkami. Idąc James zerkał przez ramię na nas. Glizdogon też się podniósł obserwując łapczywie, przechodząc wokół Lupina, by mieć lepszy widok.
- Jak poszedł egzamin, Smarkerusie? - spytał James.
- Patrzyłem na niego, dotykał nochalem pergaminu - stwierdził złośliwie Syriusz.- Będą na nim wielkie tłuste plamy, nie będą w stanie odczytać ani słowa.
Kilkoro obserwujących ich ludzi zaśmiało się. Snape próbował wstać, ale zaklęcie wciąż działało. Szarpał się jakby był związany niewidzialnymi linami.
- Wy... poczekajcie - wysapał wpatrując się w Jamesa z wyrazem najczystszej niechęci. - poczekajcie tylko!
- Poczekać na co? - spytał chłodno Syriusz. - Co zamierzasz zrobić, Smarku,wytrzesz o nas swój nochal?
Snape wyrzucił z siebie strumień przekleństw zmieszanych z zaklęciami, ale że jego różdżka leżała dziesięć stóp od niego, nic się nie wydarzyło. W tamtym momencie wstałam z różdżką wyciągniętą przed siebie, szykując się do ataku.Przyjaciółki próbowały mnie powstrzymać, jednak ja ich nie słuchałam.Przemknęłam przez bandę uczniów zebraną wokół nich.
- Umyj sobie buźkę - powiedział zimno James. - Scourgify!
W jednej chwili z ust Snape'a popłynęły strumieniem różowe bańki mydlane. Piana pokrywała jego wargi dusząc go...
- Zostawcie go W SPOKOJU!
James i Syriusz spojrzeli w moim kierunku. Wolna ręka Pottera natychmiast podskoczyła do jego włosów.
- Wszystko w porządku, Evans? - spytał James, a ton jego głosu stał się nagle uprzejmy, głębszy, bardziej dojrzały. Przeszły po mnie ciarki.
- Zostawcie go w spokoju – powtórzyłam. Patrzyłam na Pottera ze wszystkimi oznakami wielkiej niechęci. - Co on wam zrobił?
- No cóż - stwierdził James po chwili zastanowienia - chodzi bardziej o to, że istnieje, jeśli wiesz, co mam na myśli...
Idiota! – wyrzucałam sobie w myślach. Jak taka osoba może w ogóle stąpać po ziemi? Wielu z otaczających ich uczniów zaśmiało się, włączając w to Syriusza i Glizdogona, ale ani Lupin, wciąż najwyraźniej skupiony na swojej książce, ani ja tego nie uczyniliśmy.
- Myślisz, że jesteś zabawny - powiedziała zimno. - Ale jesteś tylko aroganckim, znęcającym się szmaciarzem, Potter. Zostaw go w spokoju.
- Zostawię, jeśli umówisz się ze mną, Evans - odparł szybko James. - No dalej,umów się ze mną i nigdy więcej nie położę różdżki na starym Smarku.
Za jego plecami Zaklęcie Unieruchamiające przestawało działać. Snape cal po calu ruszył czołgając się w kierunku swojej różdżki wypluwając kłęby mydlanej piany.
- Nie umówiłabym się z tobą nawet gdybym miała wybierać między tobą i wielką kałamarnicą - oznajmiłam.
- No to pech - powiedział rześko Syriusz i odwrócił się z powrotem do Snape'a -OJ!
Ale już było za późno. Snape wymierzył swoją różdżkę prosto w Jamesa. Błysnęło światło i na twarzy Pottera pojawiła się rana, opryskując krwią jego szaty.Jamesem okręciło. Po następnym błysku światła Snape wisiał do góry nogami w powietrzu. Jego szaty opadły mu na głowę odsłaniając wychudłe, blade nogi i parę poszarzałych majtek.
Wielu ludzi pośród małego tłumu zaczęło bić brawa. Syriusz, James i Glizdogon ryczeli ze śmiechu.
Byłam wściekła. Musiała to odzwierciedlać moja twarz, ryknęłam: - Sprowadź go na dół!
- Oczywiście - odparł James i machnął w górze różdżką. Snape upadł na ziemię jak pognieciony kłębek. Wyplątując się ze swoich szat wstał szybko z podniesioną różdżką, ale Syriusz krzyknął: - Petrificus Totalus! i Snape przewrócił się znowu sztywny jak deska.
- ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! - krzyknęłam. Teraz i ja miałam wyciągniętą różdżkę.James i Syriusz zerkali na mnie ostrożnie.
- Eh, Evans, nie zmuszaj mnie, żebym cię zaklął. - powiedział poważnie James.
- Więc zdejmij z niego tę klątwę!
James westchnął głęboko, po czym zwrócił się w stronę Snape'a i wymruczał przeciwzaklęcie.
- Proszę bardzo - powiedział kiedy Snape gramolił się na nogi. - Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie...
- Nie potrzebuję pomocy od takiej małej plugawej szlamy jak ona!
Mrugnęłam. Czy się przesłyszałam? Czy on faktycznie mnie tak nazwał? Serce mi się krajało.
- W porządku - odparłam chłodno. - W przyszłości nie
będę się przejmować. I na twoim miejscu wyprałabym majtki,Smarku.
- Przeproś Evans! - ryknął James na Snape'a z różdżką groźnie wycelowaną w niego.
- Nie chcę, byś ty go zmuszał do przeprosin - krzyknęła Lily patrząc na Jamesa.- Jesteś tak samo zły jak on!
- Co? - zaskomlał. - Ja NIGDY nie nazwałbym cię... no wiesz jak!
- Czochrasz włosy, bo myślisz, że fajnie jest wyglądać, jakby się właśnie zeszło z miotły, popisujesz się z tym głupim zniczem, łazisz po korytarzach i ciskasz zaklęciami w każdego kto cię wkurza tylko dlatego, że potrafisz...Jestem zdziwiona, że twoja miotła może w ogóle oderwać się od ziemi, kiedy siedzi na niej taki wielki dupek jak ty. Jest mi NIEDOBRZE, gdy na ciebie patrzę!
Odwróciła się na pięcie i odeszła pospiesznie.
- Evans! - krzyknął za nią James. - Hej, EVANS!
Ale ja nie obejrzałam się za siebie.
- Co z nią? - spytał James bez skutku starając się wyglądać jakby to było pytanie na odczep i nie miało dla niego żadnego znaczenia.
- Czytając między wierszami powiedziałbym, że myśli, iż jesteś trochę próżny,stary. - odparł Syriusz.
- Jasne – odpowiedział wściekły teraz James. - Jasne...
Poszłam wściekła przez błonia. Pojedyncza łza błąkała się po moim policzku.Potter zaraz do mnie przyleciał.Starłam ja szybkim ruchem, jednak byłam pewna,iż widział, że płakałam.
- O co ci chodzi Evans? – zapytał, robiąc tą swoją zbitą minę.
- Daj mi święty spokój Potter.
- Nie dopóki nie powiesz mi o co ci chodzi – powiedział.
- Raczej chodzi o to, że istniejesz. Jeżeli, wiesz o co mi chodzi... Twoja gęba jest wszędzie. Dosłownie. Gdzie się nie obrócę jesteś TY. Rzygam jak na ciebie patrzę Potter. Codziennie budzę się z nadzieją, że cie nie zobaczę, ale cóż…takie pobożne marzenie. Myślisz, że zaimponujesz mi jak będziesz latał i pokazywał czego to ty nie potrafisz? Jesteś idiotą Potter. Jestem pewna, że jakbym się z tobą umówiła to już dawno, by cię tu nie było. Ludzie to nie zabawki Potter! Nie są na twoje zawołanie i wtedy kiedy chcesz się nimi pobawić! Nigdy nie mogłabym być z kimś takim jak ty! NIGDY! Brzydzę się tobą.Nie chcę cie znać rozumiesz?
On tylko się przyglądał. – Żebyś tego nie żałowała Evans. – powiedział i poszedł przed siebie.
- Przeproś Evans! - ryknął James na Snape'a z różdżką groźnie wycelowaną w niego.
- Nie chcę, byś ty go zmuszał do przeprosin - krzyknęła Lily patrząc na Jamesa.- Jesteś tak samo zły jak on!
- Co? - zaskomlał. - Ja NIGDY nie nazwałbym cię... no wiesz jak!
- Czochrasz włosy, bo myślisz, że fajnie jest wyglądać, jakby się właśnie zeszło z miotły, popisujesz się z tym głupim zniczem, łazisz po korytarzach i ciskasz zaklęciami w każdego kto cię wkurza tylko dlatego, że potrafisz...Jestem zdziwiona, że twoja miotła może w ogóle oderwać się od ziemi, kiedy siedzi na niej taki wielki dupek jak ty. Jest mi NIEDOBRZE, gdy na ciebie patrzę!
Odwróciła się na pięcie i odeszła pospiesznie.
- Evans! - krzyknął za nią James. - Hej, EVANS!
Ale ja nie obejrzałam się za siebie.
- Co z nią? - spytał James bez skutku starając się wyglądać jakby to było pytanie na odczep i nie miało dla niego żadnego znaczenia.
- Czytając między wierszami powiedziałbym, że myśli, iż jesteś trochę próżny,stary. - odparł Syriusz.
- Jasne – odpowiedział wściekły teraz James. - Jasne...
Poszłam wściekła przez błonia. Pojedyncza łza błąkała się po moim policzku.Potter zaraz do mnie przyleciał.Starłam ja szybkim ruchem, jednak byłam pewna,iż widział, że płakałam.
- O co ci chodzi Evans? – zapytał, robiąc tą swoją zbitą minę.
- Daj mi święty spokój Potter.
- Nie dopóki nie powiesz mi o co ci chodzi – powiedział.
- Raczej chodzi o to, że istniejesz. Jeżeli, wiesz o co mi chodzi... Twoja gęba jest wszędzie. Dosłownie. Gdzie się nie obrócę jesteś TY. Rzygam jak na ciebie patrzę Potter. Codziennie budzę się z nadzieją, że cie nie zobaczę, ale cóż…takie pobożne marzenie. Myślisz, że zaimponujesz mi jak będziesz latał i pokazywał czego to ty nie potrafisz? Jesteś idiotą Potter. Jestem pewna, że jakbym się z tobą umówiła to już dawno, by cię tu nie było. Ludzie to nie zabawki Potter! Nie są na twoje zawołanie i wtedy kiedy chcesz się nimi pobawić! Nigdy nie mogłabym być z kimś takim jak ty! NIGDY! Brzydzę się tobą.Nie chcę cie znać rozumiesz?
On tylko się przyglądał. – Żebyś tego nie żałowała Evans. – powiedział i poszedł przed siebie.
Smark próbował mnie jeszcze przepraszać,jednak ja nie
dałam mu więcej szansy. Za dużo czasu straciłam na tego chłopaka.Za dużo
nerwów, za dużo wszystkiego.
---------------------------
---------------------------
- A Potter to? – zapytał, widocznie nie za bardzo
rozumiejąc Luca.
- Gumochłon, który ugania się za mną od początku.
Męczy słabszych, bo myśli, że mi tym zaimponuje. Idiota.
Luca spojrzał na mnie i pocałował mnie.
- Czas już spać belissima.
Już późno.Wiedz, że jesteś dla mnie najlepsza na świecie i jesteś wystarczająco
dobra. Nawet za dobra – powiedział i zgasił światło Luca.
- Myślę, że to nie była miłość, wiesz z nim. To było
jak czerwone okulary. Z tobą jest inaczej. Widzę te twoje wady i je akceptuje w
pełni. A ty nie wybierasz się gdzieś?
- Ja mam wady? Nie zostaje z tobą. Nie chcę, żebyś budziła się kolejną noc z
krzykiem. – powiedział i pocałował mnie w czoło. Owinął ramiona wokół
mnie.
- Masz. Jesteś nadopiekuńczy, wkurzający,ale między
innymi za to cię kocham.
- A ty jesteś upartą, denerwującą dziewczyną, która
mnie nie słucha.
- Mam uznać to za komplement?
- Kocham cię Lil - powiedział i pocałował mnie w usta.
Położyłam głowę na jego klatce piersiowej.Stosunkowo
szybko mój oddech stał się płytszy – zasnęłam.
Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy tak dobrze spałam.
Ostatnimi nocami nie spałam za dobrze. Cały czas budziłam się zalana potem.
Czułam się bezpieczna w jego ramionach. Obudziłam się przed nim.Pocałowałam go
w usta i powoli wstałam z łóżka, by go nie budzić. Przebrałam się i ruszyłam do
biblioteki, która znajdowała się na drugim piętrze.Wchodziłam po schodach.
Byłam już na drugim piętrze, szłam rozglądając się, aż wpadłam na kogoś. Moje
oczy rozszerzyły się z przerażenia. Odskoczyłam na ścianę.
- Luuuuca!! – darłam się jak wariatka.Tak, strach ma
wielkie oczy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)